Category: varia


Fornasetti PlatesFornasetti T&V Platesfornasetti iiifornasettifornasetti face ATCs for swap bot-unavail.Fornasetti girls for losy
found recently some Fornasetti friends...Fornasetti designsFornasetti BadFORNASETTI PLATESFORNASETTI CREAM SUGARPiero Fornasetti
Piero Fornasetti

Piero Fornasetti Lina Cavalieri, a gallery on Flickr.

Lina Cavalieri była śpiewaczką operową i artystką.  Jej wizerunek był wielokrotnie wykorzystywany na starych kartach pocztowych, których przez długi okres czasu była wdzięcznym tematem.

stara pocztówka rosyjska

stara pocztówka rosyjska

Lina Cavalieri, Thais - stara pocztówka

Lina Cavalieri, Thais – stara pocztówka

Człowiek jest zwierzęciem tworzącym. Potrzeba kreowania wydaje się przejawiać w człowieku od najmłodszych lat, kiedy jeszcze nie potrafiąc dobrze chodzić i mówić, usiłuje mniej lub bardziej sprawnie kreślić na papierze jakieś kształty, układać klocki w budowle,  czy też lepić babki z piasku.  Gdyby nie ten pierwotny popęd, byśmy pewnie teraz trzęśli się nad ogniskami, odziani w skóry i zajadali świeże ryby, wyłapane z zamarźniętego jeziora. Potrzeba tworzenia tkwi w każdym z nas.  Jedni odczuwają ją bardziej, inni mniej; inne są też cele tej twórczości.  Zazwyczaj tworzenie ma wymiar praktyczny – buduje się dom dla schronienia, broń dla celów wojenno-obronnych, ubranie dla ochrony ciała. Obecnie, każdej z tych twórczości możemy jednocześnie przypisać aspekt komercyjny. Oprócz tego, współistnieją także twórczości mniej racjonalne, związane ze spędzaniem wolnego czasu, uprawianiem hobby, rozwojem pasji. Do takich  możemy zaliczyć chociażby malarstwo amatorskie, sweterki na drutach, pielenie ogródka, wycinanki z papieru i wiele innych.

W PRL, a pewnie i nie tylko wtedy, rozmaite przejawy twórczości zawdzięczały swój rozkwit wszelakim niedoborom. Brakujący towar, tam gdzie to możliwe, zastępowało się innym, czasem wykonanym samemu. Tak mogło być w przypadku niektórych karnetów i kart pocztowych, jakie z tamtych czasów zachowały się do dzisiaj.  Ilość takich samoróbek, jakie obecnie spotykam,  zastanawia mnie. Z jednej strony, pocztówki jako takie, nie były chyba towarem deficytowym, z drugiej jednak strony, mam nieodparte wrażenie, że w niektórych przypadkach, rękodzieła powstawały trochę z konieczności.

Czy poniższa, ręcznie malowana farbami  kartka wielkanocna  mogła powstać w takich okolicznościach ? Czy może po prostu, autor miał zwyczajne hobby i kochał tworzyć ?

Ręcznie robiona kartka pocztowa z czasów PRL - zajączki

Ręcznie robiona kartka pocztowa z czasów PRL – zajączki

Poniżej jeszcze jeden przykład z tego samego podwórka. Autor zmienił technikę, ale nie obcykany szablon, dzięki czemu powstały dwa różne, ale podobne dzieła.  Żadna z tych kartek nie znalazła się w obiegu pocztowym.

Wielkanocny Karnet z okresu PRL

Wielkanocny Karnet z okresu PRL

Poniżej także świąteczny karnecik, który zakupiłam ok. 2 lata temu w zestawie rozmaitych kart. Karnet wykonano techniką mieszaną  – jest wyszywanka, wycinanka, klej, farbki.  Prawdziwy przegląd możliwości i pomysłów.

Szopaka, karnet  ręcznie robiony z czasów PRL

Szopaka, karnet ręcznie robiony z czasów PRL

Nie wszystkie z tych kart były robione w domowym zaciszu na własne potrzeby. PRL-owski rynek pocztówkowy zdominowany był przez RUCH, od którego pochodzi znakomita większość pocztówek wydanych za komuny. Obok Ruchu funkcjonowały także drobniejsze wytwórnie, zakłady, spółdzielnie produkujące pocztówki zwykle metodą chałupniczą, o czym świadczy jakość wykonania. Klasycznymi przykładami są dla mnie pocztówki wydawane w małym, przedwojennym formacie 9 x 14, najczęściej na papierze fotograficznym usiłujące reprodukować przedwojenne karty m.in. niemieckie, stare, klasyczne ilustracje, ale nie tylko.   Poniżej kilka przykładów takich kart. Szczególnie ciekawe są rewersy.

Wesołego Alleluja, karta wykonana na początku lat. 1960-tych, prawdopodobnie przez jedną ze "Spółdzielni"

Wesołego Alleluja, karta wykonana na początku lat. 1960-tych, prawdopodobnie przez jedną ze „Spółdzielni”

rewers Wesołego Alleluja, karta wykonana na początku lat. 1960-tych, prawdopodobnie przez jedną ze "Spółdzielni"

rewers Wesołego Alleluja, karta wykonana na początku lat. 1960-tych, prawdopodobnie przez jedną ze „Spółdzielni”

Poniżej przykład karty fotograficznej, jaka ukazała się  nakładem Spółdzielnia Pracy Fotografów Zawodowych, Stalinogród (Katowice)

Rewers pocztówki Spółdzielnia Pracy Fotografów Zawodowych, Stalinogród (Katowice)

Rewers pocztówki Spółdzielnia Pracy Fotografów Zawodowych, Stalinogród (Katowice)

pocztówka okolicznościowa, fotograficzna Spółdzielnia Pracy Fotografów Zawodowych, Stalinogród (Katowice)

pocztówka okolicznościowa, fotograficzna Spółdzielnia Pracy Fotografów Zawodowych, Stalinogród (Katowice)

Poniższa pocztówka pochodzi z połowy lat 1950-tych. Wydawca  Fotoplastyka PRzem Spółdź. Pracy. Fotogr. w Gdańsku Wytw. Poczt. Gdynia.  Czy krasnal nie jest zapożyczeniem z Niemiec ?

Rewers poczówki, wydanie Fotoplastyka z Gdańska,

Rewers poczówki, wydanie Fotoplastyka z Gdańska,

Pocztówka, wydanie Fotoplastyka - Gdańsk, lata 1950-te

Pocztówka, wydanie Fotoplastyka – Gdańsk, lata 1950-te

Mały PRL-owski plagiat, prawdopodobnie nieautoryzowany przedruk oryginalnej pocztówki ilustrowanej przez niemiecką artystkę – Katrin Höngesberg;  Powstał pewnie w jednym z ówczesnych fotograficznych atelier. Jakim – nie wiadomo. Atelier nie zawsze się podpisywały, za to jest sygnatruka widoczna w prawym dolnym rogu wskazująca na autorstwo Höngesberg- , na środku niemiecki napis „Wesołych Świąt”, a polskie życzenia z prawej 🙂

Polak potrafi :) PRL-owski przedruk oryginalnej niemieckiej pocztówki z ilustracją Katrin Höngesberg

Polak potrafi 🙂 PRL-owski przedruk oryginalnej niemieckiej pocztówki z ilustracją Katrin Höngesberg

Jeszcze inne przedruki przedwojennych kart pocztowych – Święty Mikołaj

Święty Mikołaj

Święty Mikołaj

Oraz typowo polski motyw wielkanocny  – karta pocztówkowa wg przedwojennego wzoru (odbitka).

przedruk z przedwojennej pocztówki polskiej

Wszystkie tu wymienione pocztówki łączy jedna wspólna cecha  – bylejakość. Niska jakość wykonania  to znak rozpoznawczy wielu kart z lat 1950-tych i 1960-tych.  Spółdzielnie i pracownie korzystały z dobrych, sprawdzonych wzorów, kopiując pocztówki rodzime lub niemieckie sprzed 1940 roku, a także co ładniejsze ilustracje. W tym natłoku naprawdę specyficznej twórczości znaleźć można nieco ciekawsze okazy, jak ręcznie malowane karnety i pocztówki o bardziej indywidualnym, autorskim charakterze.  Do takich przykładów zaliczyłabym :

Karta wielkanocna z lat c. 1960-tych

Karta wielkanocna z lat c. 1960-tych

Boże Narodzenie 1971

Boże Narodzenie 1971

Boże Narodzenie, rękodzieło w PRL

Boże Narodzenie, rękodzieło w PRL

Karta ręcznie malowana, Imieninowa, koniec lat 1960-tych

Karta ręcznie malowana, Imieninowa, koniec lat 1960-tych

W przeciwieństwie do kart zaprezentowanych na wstępie, cztery tu pokazane egzemplarze powstały prawdopodobnie pod nadzorem funkcjonujących spółdzielni, o czym mogą świadczyć regularne kształty kart, a także szablonowe czcionki, użyte na awersach.  Myślę, że ten rodzaj twórczości bardziej zasługuje na pochwałę niż klepane na kolanie odbitki ilustracji przedwojennych.  Wiele z tych kart – samoróbek, których wytwarzanie było zinstytucjonalizowane lub nie, nie posiada podpisów autorów. Jest to zarówno twórczość indywidualna, jak i rzemieślnicza, która szczególnie mocno, w moim postrzeganiu, rozkwitła w czasach PRL. Kart powojennych nie da się w żaden sposób porównać do tych powstałych przed 1939 rokiem. To dwa zupełnie odmienne światy.  Powojenna bylejakość, szarość odcisnęła swe piętno także na pocztówkach, które już nigdy nie były tak kunsztowne jak przedwojenne odpowiedniki, co nie znaczy, że nie były ciekawe artystycznie. Przed wojną ludzie także robili pocztówki ręcznie – ale wtedy to był chyba rodzaj hobby, spędzania czasu wolnego, umilania sobie i bliskim czasu;  gdybyśmy rozłożyli na podłodze przypadkowo zebrane pocztówki przedwojenne na jednej stercie i odpowiadające im, zebrane równie przypadkowo pocztówki z czasów PRL, łatwiej byłoby może dojść do wniosku, że powojenne kartofilskie rękodzieło mogło płynąć z potrzeby wypełnienia niewysłowionej luki „piękna”, która wytworzyła się po wojnie. Gdybam tylko.

Od dawna trapi mnie uczucie komercyjnego przesytu, które nasila się szczególnie w takich okresach jak Święta lub wydarzenia okolicznościowe typu imieniny, urodziny, chrzciny etc. To uczucie pewnie wielu nie jest obce. Nie chodzi o to, że człowiek wszystko już ma, ale o to, że wszystko ze sklepowych witryn, mimo że wygląda niemal dokładnie tak samo i pochodzi niemal wyłącznie z jednego źródła, stara się udawać – NAJLEPSZE, NAJNOWSZE, NAJODPOWIEDNIEJSZE dla Ciebie. Kalosze straszą kolorami, ciuchy rwą się z wieszaków, by Cię złapać, regały walczą o Ciebie.  Niestety, jeżeli zakupy nazywa się czasem „łowami”, to myśliwymi już dawno przestali być klienci. Jak dawno ? – nie wiem…może gdzieś w PRL-u.

Naprawdę przyprawiające uczucie przesytu i niespełnienia dopadać mnie zaczęło ostatnio przed Świętami Bożego Narodzenia, kiedy jak zwykle TRZEBA coś było kupić. Dużą miałam zagwozdkę z kartkami świątecznymi. Co roku mam z resztą wygląda ona podobnie  – szukam pięknych, niezwykłych kart, oczywiście BEZ ŻYCZEŃ wypisanych na gotowo, bo lubię naskrobać coś od siebie (grafomania wrodzona, nieuleczalna). Pytanie numer jeden 1. na co postawić?  – czy na a.  – motywy bardziej „religijne”, najczęściej mniej atrakcyjne wizualnie, tańsze, ale wytworzone w Polsce i najczęściej dostępne głównie na poczcie, czy też może na b.  – wypasiony złoto perłowy karnet z mikołajem, reniferami i choinką, dostępny w dobrym papierniczym lub saloniku prasowym. Opcję c. wykluczam z zasady, bo oznaczałaby konieczność nabycia jakiegoś ultra nowoczesnego karnetu designerskiego made in Poland, ale z wzorem odbiegającym tego, co zazwyczaj kojarzymy z  Bożym Narodzeniem. To było pierwsze pytanie. Drugie pytanie numer 2. brzmi – czy ja pamiętam, czy ja już tej kartki nie wysyłałam przypadkiem w zeszłym roku? Nie chciałabym się wyróżnić w albumach bliskich nadmiarem identycznych kartek wysyłanych notorycznie w grudniu.  No przesadzam trochę. Wybieranie kartek w salonikach prasowych, co mogłoby dziwić, sprawia mi wiele przyjemności. Lubię stać przed ścianą kart i obmyślać dla kogo będzie „ta”, a dla kogo „tamta”.  To dużo fajniejsze niż głowienie się nad wyborem prezentów.

W tym roku chciałam zrobić w kwestii kartek coś wyjątkowego  – i zrobiłam. Postanowiłam niektórym osobom przesłać kartki, jakich nie można kupić w zwykłym sklepie, a już na pewno nie przypłyną kontenerem z Azji. Jakie były moje wymagania w tym roku ? Kartka powinna być 1. piękna, 2. robiona ręcznie, 3. wykonana w Polsce. Takie rzeczy u nas można kupić – ręcznie robione kartki świąteczne (wyglądały naprawdę cudownie) nabyłam na stronie pakamera.pl. Nie jest to jedyne miejsce, ale dla mnie było tam najwygodniej z uwagi na duży wybór. Aniołki z perełkami, wstążkami, uśmiechnięte krasnale, Mikołaje, otwierane okienka, drzwiczki, wycinane renifery, śnieg (niemal jak prawdziwy), brokat, elementy 3D, koronki, wszywki, guziczki ….. – zdolności drzemiące w naszym narodzie zapierają dech w piersiach.  Popularnie nazywają to „kitsch”, a ja kocham ten „kitsch”. Byłam zachwycona znalezionymi kartkami, złożonymi z wielu warstw i wykonanymi tylko na zamówienie. Koszt takiej kartki to ok. 12-30 zł, czas oczekiwania na wykonanie to ok. 1-2 dni, ale myślę że naprawdę warto,  szczególnie, że Święta nie są co tydzień, no i oczywiście, przecież nie musimy każdego obdarowywać także „cenną” kartką.

Poniżej 5 przykładowych kartek do nabycia na stronie pakamera.pl, właścicielem zdjęć i projektów:  http://www.pakamera.pl/dorota-mk-0_s12120099.htm (jeżeli poszukujecie naprawdę PIĘKNYCH kartek, to serdecznie zapraszam do tej pani)

foto: pakamera.pl / użytkownk Dorota Mk pakamera.pl/dorota-mk-0_s12120099.htm

foto: pakamera.pl / użytkownk Dorota Mk pakamera.pl/dorota-mk-0_s12120099.htm

foto: pakamera.pl / użytkownk Dorota Mk pakamera.pl/dorota-mk-0_s12120099.htm

foto: pakamera.pl / użytkownk Dorota Mk pakamera.pl/dorota-mk-0_s12120099.htm

foto: pakamera.pl / użytkownk Dorota Mk pakamera.pl/dorota-mk-0_s12120099.htm

foto: pakamera.pl / użytkownk Dorota Mk pakamera.pl/dorota-mk-0_s12120099.htm

foto: pakamera.pl / użytkownk Dorota Mk pakamera.pl/dorota-mk-0_s12120099.htm

foto: pakamera.pl / użytkownk Dorota Mk pakamera.pl/dorota-mk-0_s12120099.htm

foto: pakamera.pl / użytkownk Dorota Mk pakamera.pl/dorota-mk-0_s12120099.htm

foto: pakamera.pl / użytkownk Dorota Mk pakamera.pl/dorota-mk-0_s12120099.htm

Te piękne kartki trochę mi przypominają stare pocztówki – książeczki, jak ta wydana w USA ok. 1911 roku :

1. pocztówka - rozkładana, John Winsch, ok. 1911, USA

1. pocztówka – rozkładana, John Winsch, ok. 1911, USA

2. pocztówka - rozkładana, John Winsch, ok. 1911, USA

2. pocztówka – rozkładana, John Winsch, ok. 1911, USA

3. pocztówka - rozkładana, John Winsch, ok. 1911, USA

3. pocztówka – rozkładana, John Winsch, ok. 1911, USA

Kartki wydane przez Johna Winsch ‚a w Stanach Zjednoczonych są szczególnie piękne. Nie inaczej jest w przypadku tej wyżej pokazanej. Dlaczego? Oczywiście – kartka wyprodukowana w jedynym kraju na świecie, który przed I wojną światową wypuszczał podobne cuda – w Niemczech.

W tym miejscu, jeżeli już mowa o wyjątkowych i jedynych w swoim rodzaju pocztówkach,  przypomniało mi się, że przecież dawno, dawno temu też robiono pocztówki „samemu”.  Dzisiaj kolekcjonerzy raczej niechętnie patrzą na kartki robione samodzielnie, no chyba, że miała to być kartka wykonana przez jakąś sławną osobę.  Ja uważam, że kartki robione samodzielnie mają w sobie coś romantycznego  i niezwykłego – robi się je obecnie, robiło się i dawniej. Tak, tak, nawet wtedy, gdy wzorów i pomysłów było pod dostatkiem. Tak się składa, że ludzie zawsze szukają czegoś nadzwyczajnego, niepowtarzalnego, a pasja tworzenia jest jedną z cech najbardziej charakterystycznych dla człowieka.  Zbieracze pocztówek pewnie często napotykają na takie „kwiatki” –

Ręcznie malowana pocztówka z obiegu pocztowego, Nowy Sącz, rok 1900 🙂 :

ręcznie malowana

Całkowicie ręcznie wykonana, malowana włącznie z rewersem pocztówka utrzymana w stylu Kirchner ‚owskim:

ręcznie malowa pocztówka a la Kirchner :) obieg 1905

ręcznie malowa pocztówka a la Kirchner 🙂 obieg 1905

rewers

rewers

Pomijając te stare, urocze „samoróbki”, bywały też takie kartki,  jak ta wg projektu Xavier ‚a Sager ‚a, barwiona akwarelami; mój egzemplarz jednak ucierpiał i część farby nieszczęśliwie spłynęła:

Xavier Sager, 1919, pocztówka z cyklu  "Paryskie fantazje w akwareli"

Xavier Sager, 1919, pocztówka z cyklu „Paryskie fantazje w akwareli”

Giovanni Meschini, ręcznie barwiona kartka w technice „pochoir” (na odwrocie „dipinta a mano”) :

Giovanni Meschini, włoska pocztówka malowana ręcznie, "pochoir"

Giovanni Meschini, włoska pocztówka malowana ręcznie, „pochoir”

Jak się okazuje, niemałą fabryką pół-amatorskiego rękodzieła (spółdzielnie i nie tylko) były czasy PRL-u, kiedy potrzeba była płodną matką wielu wynalazków. Czasem lepsze, czasem gorsze egzemplarze z tamtego okresu spotykam. Większości nie jestem w stanie zatrzymać, ale obrazki niektóre chwytają za serduszko.  Nawet jeżeli niektóre mi nie bardzo się podobają, pocieszam się, że to robota jednostkowa, polska, ręczna.

Ręcznie malowana kartka z czasów PRL, ok. 1950-1970

Ręcznie malowana kartka z czasów PRL, ok. 1950-1970

Ręcznie malowana kartka z czasów PRL, ok. 1950-1970

Ręcznie malowana kartka z czasów PRL, ok. 1950-1970

Mam wrażenie, że dzisiaj wiele osób nie potrafi docenić uroku rękodzieła. Wydaje się, że to co kupione w sklepie, fabrycznie zapakowane w złotko i wstążeczkę,  jest lepsze; no i przecież nie wypada dać na prezent czegoś, co było zrobione „samemu”. Dla mnie nic bardziej błędnego.  Rzeczy stukanych na chińskiej prasie w milionach egzemplarzy nie możemy wyrugować z naszej codzienności, ale niektórym, wyjątkowym chwilom można czasem pozostawić furtkę fantazji i beztroski, by dostrzec rzadkość zaklętą w niepowtarzalności. Dlatego TAK- dla kartek ręcznie robionych, TAK – dla aniołków struganych w drewnie, TAK – dla samodzielnie wyklejanych scrapbooków, TAK – dla osobiście przygotowanych ozdób choinkowych. *)

Najlepsze prezenty to te od serca.  Krawat czy perfumy każdy z nas przecież może sobie kupić sam.

*) A skąd na to wziąć czas? To już inna bajka …..

Coś dla wielbicieli komiksów i Warszawy, a szczególnie praskich podwórek ;). Ja jestem sympatykiem jednego i drugiego od bardzo dawna.  Komiksami interesowałam się na długo przed pocztówkami, a historia to też bardzo ciekawa dziedzina, no i oczywiście Praga…. .  Dla wielu osób słowo „komiks” może się źle kojarzyć, może  z czymś niepoważnym, dziecinnym albo nawet głupim.  Na pewno czasem coś w tym jest, jednak jak większość stworzenia, przy którym udział miał człowiek, to od autorów wszystko zależy i jeżeli nie możemy sobie przypomnieć nic pozytywnego, co miałoby z komiksem związek, to pewnie dlatego, że nie mieliśmy do tego okazji. Komiksy to nie tylko Superman, Spider-Man i Kaczor Donald.  Czytaliście może komiks Maus Arta Spiegelmana ? Nie ? A szkoda…….

Do rzeczy!

Jak mówi tytuł, rzecz jest o komiksach, ale nie byle jakich, bo opartych na wspomnieniach mieszkańców warszawskiej Pragi.   Komiksy powstają w ramach projektu  „Praga Gada” realizowanego dzięki dofinansowaniu ze środków Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej w ramach Rządowego Programu ASOS.  (więcej na stronie:  http://www.pragagada.pl/komiks.php).  Do dnia dzisiejszego wydano jeden album z cyklu „Praga Gada:  O Wojnie”.  Drugi album jest w przygotowaniu i będzie on nosił tytuł „Praga Gada: O Pokoju”, a ma on opowiadać o tym jak się żyło mieszkańcom Pragi w czasach PRL.  Komiks nie jest oczywiście jeszcze jednym podręcznikiem historii, który „ktoś” postanowił zamienić na komiks. To zbiór krótkich, prawdziwych i ciekawych opowiadań z życia codziennego zwykłych ludzi. Jak niezwykłe potrafi być zwykłe życie, możecie się przekonać sami.  Zaletą projektu jest wysokiej jakości  strona graficzna;  ilustratorami komiksu są uznani polscy i zagraniczni twórcy, a wśród nich TONY SANDOVAL,  ALBERTO PAGLIARO, KONSTANTIN KOMARDIN,  KRZYSZTOF OSTROWSKI, PRZEMYSŁAW TRUŚCIŃSKI i inni.

 Jak zdobyć obydwa albumy ?

Jako że drugi album powstaje przy współudziale ochotników,  którzy zechcą uczestniczyć przy jego wydaniu, istnieje możliwość otrzymania obydwu tomów w ramach projektu, którego szczegóły podane są na tej stronie:  http://polakpotrafi.pl/projekt/praga-gada . W skrócie wygląda to tak, że każda osoba, która zechce wesprzeć projekt wydawniczy, może przekazać na ten cel dowolną sumę nawet 1 zł.  Jeżeli ochotnik przekaże na rzecz projektu przynajmniej 57 zł, otrzyma dwa tomy komiksu „Praga Gada. O wojnie!” i „Praga Gada. O pokoju!” . 

 

Serdecznie zapraszam do uczestnictwa w programie ! Więcej na

http://polakpotrafi.pl/projekt/praga-gada

Dwa dni temu znalazłam w mojej skrzynce awizo i myśląc, że to coś ważnego, pobiegłam na pocztę mimo późnej pory. Odstałam słuszne 5 minut i w okienku okazałam dowodzik oraz awizo. Miła Pani na podstawie okazanych dokumentów wydała mi list polecony zaadresowany przez Pocztę Polską i opieczętowany jako „sprawa służbowa”.  Z zaciekawieniem, natychmiast po odejściu od okienka otworzyłam kopertę, aby tam znaleźć kolejne awizo …tym razem informujące mnie o tym, że nadana przeze mnie kilka tygodni paczka czeka na mnie na poczcie i jak jej nie odbiorę to mi ją odeślą do Koluszek (ach te „Koluszki”  – słyszę o Koluszkach od dziecka! Obok Warszawy  i Krakowa to najczęściej mi się o uszy obijająca nazwa miejscowości w Polsce :).  Stanęłam jak wryta – przed chwilą dawałam w okienku jedno awizo, żeby dostać list od Poczty, a w liście drugie awizo, które informuje, że mam paczkę do odbioru!!! Najgorsze, że odeszłam już od okienka, a za mną wielka kolejka się ustawiła na 10 sztuk żywego człowieka, albo nawet więcej. Przyjęłam więc bojową postawę i z ręką na boku ustawiłam się obok załatwianej właśnie klientki. Na szczęście udało mi się bez problemów podejść do przed chwilą opuszczonego okienka i wytłumaczyć pani asystentce, że wydała mi list z awizem, a tak naprawdę, to powinnam dostać paczkę, o której mowa na tymże świstku. Musiałam klika razy powtarzać o co mi chodzi, bo sprawa kuriozalna, na szczęście pani miła była i w końcu zrozumiała i zareagowała wiele znaczącym uśmiechem na wieść o takim sposobie doręczania korespondencji służbowej dotyczącej odbioru paczek zwrotnych nie podjętych przez adresata. Wszystko się skończyło happyendem, z wielkim żalem rozstałam się z kwotą 12 PLN i poszłam szczęśliwie do domciu.  Gdy już ochłonęłam pomyślałam, że przecież mamy okres wakacyjny – urlopy, a gdy normalni pracownicy pocztowi w wakacje jadą na urlop to zastępują ich praktykanci i stażyści, a tym różne pomysły przychodzą do głowy, więc awizo w liście poleconym nie powinno zbytnio dziwić.  Tak się akurat składa, że to nie pierwszy raz takie cuda latem się zdarzają. W zeszłym roku było znacznie mniej wesoło, bo mój rejon dostał listonosza na zastępstwo, co to nie mógł mojego lokalu się doszukać i wtedy się działo. Szkoda tylko, że znaczka nie nalepili ładnego, tylko załatwili tę służbową sprawę paskudną pieczątką. A fe!

No i żeby nie było, tak mi się skojarzyło …Poczta listy pisze, zwykłe, polecone ….

 

Dzisiejsze pisanie zawdzięczamy ….

Są takie dni, kiedy mam trochę czasu, żeby skrobnąć kilka zadań na ulubiony temat, ale nie mam kompletnie natchnienia; innym razem, tak jak dzisiaj pełna jestem zapału, natomiast nieprzewidziane okoliczności i poezja życia uniemożliwiają mi przelanie mojej weny na wirtualny papier. Co poradzić? Już w nocy śnił mi się krótki artykuł, o którego napisaniu myślę od ponad dwóch lat, ale niestety nic z tego – mimo najszczerszych chęci nie udało mi się dzisiaj znaleźć w bałaganie ani książki, ani pocztówki, która miała być przedmiotem mojego pisania, ani też nawet jej skanu, który dawno temu zrobiłam na „wszelką ewentualność” i wpuściłam do specjalnego folderu na twardym dysku, żeby czekał na stosowną chwilę. Bez książki sobie jakoś bym poradziła, bo fragmenty mogłabym znaleźć w internecie, jednakże bez skanu pocztówki ani rusz. Ostatnia deska ratunku – wirtualne muzeum, gdzie przechowuję część mojego filokartystycznego zbiorku – i tutaj pam tralalala ….akurat tej nie wrzuciłam do żadnej kolekcji, bo miała ona być przecież zarezerwowana na specjalną okazję. No dobrze – poddaję się. Oba przedmioty złośliwe na pewno znajdą się potem i jeszcze niejedną będę miała sposobność ich opisania. Ale co z moim zapałem grafomańskim? Postanowiłam ostatecznie zmienić temat mojego wywodu i napisać parę słów o jednym ciekawym miejscu w Warszawie, które warto odwiedzić.

Czy znasz jakieś zaczarowane miejsca ?

Jeżeli mielibyście wymienić jakieś „miejsca magiczne” w Stolicy, co w pierwszej kolejności przyszłoby Wam do głowy? Pewnie pierwsze skojarzenia to „Krakowskie Przedmieście”, „Łazienki”, „Pomnik Syreny”… . Gdy wydaje się, że już wszystko wymieniliśmy, możemy zerknąć do przewodnika po Warszawie, tam czeka lista miejsc, która mogłaby uzupełnić wyliczankę. Jednak coś mi podpowiada, że „miejsce magiczne” to jednak coś innego. To takie miejsce, które jest ukryte, zamaskowane, nie jest dla każdego oczywiste i nie ma jasnych wskazówek, jak tam trafić. Jeżeli jednak już się tam znajdziesz, przez przypadek lub za rekomendacją, wiesz, że jesteś we właściwym, prawdziwie magicznym miejscu. Ja znam takie miejsca w Warszawie, a jedno z nich odkryłam sama wiele lat temu się na Żoliborzu przy ul. Juliusza Słowackiego 6/8. Tam, w cieniu lokalnego WSS MERKURY na samiutkim końcu szeregu pawilonów handlowych znajduje się najbardziej zaczarowany antykwariat jaki znam, a w antykwariacie przesympatyczny antykwariusz – pan Krzysztof Jastrzębski, do którego codziennie, bez względu na porę dnia i godzinę walą tłumnie fascynaci literatury i ploteczek oraz miłego towarzystwa.

Jakie znasz miejsca magiczne? Może park w Łazienkach ?

Jakie znasz miejsca magiczne? Może park w Łazienkach ?

Nie ma to jak u pana Krzysia

Bywam tam od lat i jeszcze nie pamiętam, żeby kiedykolwiek u pana Krzysia było nudno lub pusto – zawsze kręci się tam przynajmniej kilka – kilkanaście osób jednocześnie, i chociaż trudno w to uwierzyć, zawsze kiedy tam mi się zdarza przyjechać, wygląda to dokładnie tak samo. A tym którzy nie są wtajemniczeni trzeba wiedzieć, że Antykwariat pana Krzysztofa jest jednym z kliku działających w tym miejscu, ale jako jedyny ściąga tak wielu sympatyków. Podczas gdy stłoczeni klienci próbują znaleźć coś dla siebie na przepełnionych półkach niewielkiego pomieszczenia pana Krzysia, sąsiednie antykwariaty, te bardziej od ulicy, są puste. Ci, którym nie udało się dostać do środka przeglądają ofertę wystawioną na zewnątrz i czekają, aż jakaś osoba wyjdzie, żeby móc zająć jej miejsce. Drzwi antykwariatu są zawsze otwarte, a książki rozłożone dookoła pawilonu w kartonach, na chodniku, na stolikach, bo inaczej nie sposób byłoby wejść do środka i czegokolwiek znaleźć. To wspaniałe udogodnienie, które każdy odwiedzający to miejsce docenia. Czasem znienacka podjeżdża ktoś z dwoma kartonami wypełnionymi książkami i wciska się między obecnych – właściciel wprawnym okiem ocenia zawartość i kupuje całość bez przebierania za 20 zł, 50 zł ….. .

U pana Krzysztofa jest zawsze gwarno, głośno i wesoło. Do dyskusji każdy chce się włączyć, zawsze toczą się jakieś dysputy, jakieś polemiki, dyskusje, poważne, żartobliwe, ze znajomością problematyki lub bez niej – każdy ma coś do powiedzenia. A tematy poruszane są różne różniste – o historii, o wojsku, o książkach, polityce, sprawach intymnych, ktoś czasem rzuci sprośny żart lub się zabawnie przejęzyczy.

Bo magiczna atmosfera antykwariatu rozwiązuje ludziom języki, niczym pod wpływem czarodziejskiego zaklęcia, przychodzące tam osoby różnych płci i stanów, jakby to kiedyś może określono, zaczynają opowiadać niestworzone historie  – wymyślone, zasłyszane lub z życia wzięte, ballady o sobie, uciążliwych sąsiadach, nieślubnych dzieciach, niewiernych żonach, rozpustnych lekarzach, przekupnych sędziach, dramatach cudzych lub własnych. Klientela pana Krzysia jest najbardziej zróżnicowana jaką można sobie wyobrazić – bywają tam gimnazjaliści, studenci, doktoranci, adwokaci, artyści, emeryci i osoby majętne i nieco uboższe, także ludzie, którzy najzwyczajniej w świecie garną się do towarzystwa, są samotni lub chcą spędzić chwilę w sympatycznej atmosferze. Przekrój społeczny tak barwny, że Pan Krzysztof swoich klientów nagrywa, a także opisuje w wydawanych przez siebie wspomnieniach.

Myślicie, że pan Krzysio jest zawsze dla wszystkich uprzejmy – a i owszem, bywa i tak, ale bywa także, że i huknie stanowczo, odrobinę obcesowo, ale zarazem tak, że nie można się gniewać. Pan Krzysztof ma dużo klientów i dużo pracy, jak chce iść do domu, to nie zawsze jest łatwo się pozbyć klientów, którzy wciąż okupują ulubiony antykwariat oglądając książki – chcieliby tu zostać na dłużej. Wtedy pan Krzysio, jak sam stwierdził kiedyś, nie jest finezyjnie przyjemny i oświadcza, że na dzisiaj koniec :)). U Pana Krzysztofa nikt nie jest anonimowy, każdy jest „Szanownym Klientem” lub „Szanowną Klientką”, „Panem Magistrem” lub „Panią Doktor”. Pan Krzysztof ma fantastyczną pamięć i uwielbia przedstawiać swoich stałych bywalców innym, akurat obecnym klientom. „ A ten pan magister to przychodzi tu do mnie od 10 lat, jeszcze jako dzieciak zrywał się zlekcji i przybiegał po komiksy” 🙂 Ale dzisiaj akurat, ten ongisiejszy brzdąc przyszedł po inną, zgoła poważniejszą literaturę, jest bowiem studentem.

Niezawodny sposób na klienta

A oferta pana Krzysia, zapytacie ?– jak marzenie, takiej oferty nie ma nikt inny, a nie jeden biznesman mógłby lekcje u naszego żoliborskiego antykwariusza pobierać. Polityka cenowa nie zmieniła się od lat, każdy może znaleźć coś dla siebie, i mimo że pod Antykwariatem są kolejki, to Pan Krzysztof nie podnosi cen, co jest praktyką rzadką w dzisiejszym komercyjnym światku. Ale pan Krzysztof nie należy do gatunku „handlarzy” dzięki temu Antykwariat ma wciąż klientów, tych wiernych starych oraz nowych. Woluminów na miejscu jest wiele tysięcy, a ceny Pan Krzysztof zna wszystkie na pamięć (!) i gdy o konkretną pozycję jest pytany, to podaje kwoty z głowy, co cieszy ogromnie wszystkich, którzy nie znoszą mieć cennika nagryzmolonego na okładce. Tutaj jeszcze wspomnę o jednej istotnej rzeczy. Bywalcy targowisk i miejsc handlowych, gdzie zazwyczaj etykiet z cenami nie uświadczysz, dobrze wiedzą, że kwota rzucona przez handlarza często zależy od samego klienta; tacy robiący dobre wrażenie starych wyjadaczy mają ceny przystępniejsze, wdowy i początkujący szperacze o „naiwnym spojrzeniu” otrzymują cenę, jaką wg sprzedawcy są w stanie zapłacić. Te praktyki handlowe, będące wątpliwym urokiem bazarów i wszelakich giełd kolekcjonerskich nie mają prawa bytu w tym miejscu, bo nasz bukinista nie ocenia wartości swego towaru wg zasobności portfela klienta, ale wg subiektywnej oceny przedmiotu. Po godzinnym nurkowaniu w kartonach i na półkach, podchodzę do pana Krzysia ze stertą książek, a pan Krzysio wylicza ile mnie to będzie kosztowało : „to 50 gr”, to 1 zł, 70 gr”, ….po chwili rzuca „ o to będzie drogie, szanowna Klientko – 3 zł” :). I w ten sposób wydawszy 12 zł wychodzę z ciężkim plecakiem, ogromnym uśmiechem na buzi i umorusanymi od knig łapkami. Oferta jest ciekawa, bogata i ciągle są nowe pozycje. Jeżeli czegoś szukamy konkretnego, a nie ma tego akurat na wierzchu to trzeba poprosić pana Krzysia o pomoc, a nie jest wykluczone, że nam to znajdzie : „Tak, mam to, ale jest gdzieś pod stertą w magazynie i muszę się do tego dostać”. Tak brak miejsca to odwieczny problem tego miejsca:). Gdy pierwszy raz tam się pojawiłam wiele lat temu, cały pawilon był przeładowany książkami, a mimo to,  że ich było zawsze za dużo, to często Pan Krzysztof nie mógł sprzedać określonego tytułu, chociaż go miał, a powodem była niemożność wyciągnięcia go spod stosu innych ksiąg. Z czasem sytuacja wydawała się ulegać niewielkiej poprawie.

Gdzie to magiczne miejsce?

Pan Krzysztof jest z wykształcenia historykiem, pasjonatem książek, co wydaje się oczywiste z racji prowadzonej działalności. Powstał o nim nawet film dokumentalny zatytułowany Antykwariat. Gdy się odwiedza jego legendarny antykwariat, ma się wrażenie jakby właściciel przeczytał wszystkie zgromadzone tam książki. Nieład artystyczny panujący w tym miejscu oraz swoboda bycia słynnego bukinisty, prostolinijność, otwartość na ludzi, barwni bywalcy i jasne zasady rządzące antykwarycznym handlem składają się po trosze na niepowtarzalną, magiczną atmosferę, która przyciąga klientów jak magnes. Jeżeli macie chwilę wolną lub szukacie ciekawych miejsc w Warszawie, to Antykwariat u Pana Krzysztofa Jastrzębskiego jest zdecydowanie must-see.

Antykwariat mieści się przy ulicy Słowackiego 6/8 w Warszawie i jest to, patrząc od strony ulicy, ostatni, ale ze względu na liczbę klientów najbardziej się rzucający w oczy pawilon. Można tam dojechać metrem, wysiąść należy na stacji Plac Wilsona, jadąc od Centrum w kierunku stacji Młociny,. Magiczne miejsca tworzą ludzie, nie pomniki czy budynki.

Tu się mieści słynny Antykwariat Krzysztofa Jabłońskiego (fot. google maps - zrzut ekranu i moja strzałka dorobiona w Gimpie - Googlu - dziękuję!)

Tu się mieści słynny Antykwariat Krzysztofa Jabłońskiego (fot. google maps – zrzut ekranu i moja strzałka dorobiona w Gimpie – Googlu – dziękuję!)

Oprócz książek pan Krzysztof ma także pocztówki, wszakże i taki towar przynoszą ludzie z książkami, a i nie tylko. Oprócz tradycyjnych książek można spotkać tam także klasery, albumy, zdjęcia prasowe i rodzinne, płyty, kasety magnetofonowe, niekiedy i zabawki oraz inne różności, których z zasady się tam nie sprzedaje. Kiedyś udało mi się nabyć tam czysty, duży album do zdjęć za 3 zł, a także zestaw prasowych fotosów, z których jedno wygląda tak:

Dwaj rosyjscy żołnierze z sokołami  - obrońcami Kremla

Dwaj rosyjscy żołnierze z sokołami – obrońcami Kremla

Pocztówki z oferty pana Krzysztofa nie mają jakiejś specjalnej rangi, toteż jak wszystko inne, czekają sobie niedbale w kartonach lub reklamówkach na klienta, który je zechce przerzucić i zabrać do innego świata. Żeby sobie dobrać odpowiednie egzemplarze niezbędna jest cierpliwość i dużo czasu, gdyż nie obowiązuje żadna segregacja, ale też i klient nie musi sobie zawracać głowy namolnym spojrzeniem sprzedawcy, który patrzy czy to klient nie za bardzo przewraca w pudle, jak to ma miejsce w innych tego typu przybytkach. To dotyczy oczywiście mało wartościowych kartek, wydanych głównie po 1950 roku. Ja już nie raz po takiej wizycie u Pana Krzysztofa wracałam z bólem pleców i zziębniętymi dłońmi – warunki poszukiwań nie były sprzyjające, bo człowiek czasem musi przykucnąć, schylić się, co chwila wstać, bo przecież są inni klienci chcący przejść do regału za tobą, a do tego, jeżeli jest to późna jesień, marzną niemiłosiernie palce. Mimo to, nie raz już się cieszyłam ze znalezisk – uroczych artystycznych kartek z PRL, z widokami Warszawy, świątecznymi życzeniami, ilustracjami Szancera. Takie karteczki kupowałam tam po 10 -50 gr za sztukę.

Podróż po Warszawie z Wiechowską Ferajną

Podróż po Warszawie z Wiechowską Ferajną. Jedna z serii kartek pocztowych z 1965 roku, (autor Jerzy Zaruba)

Jan Marcin Szancer Żaba i Modraczek i grzyb

Jan Marcin Szancer Żaba i Modraczek i grzyb

Pies co palił fajkę, kartka fotograficzna z PRL

Pies co palił fajkę, kartka fotograficzna z PRL

Oprócz tych mniej wartościowych pocztówek dostępne są też kartki przedwojenne, ładnie ułożone w albumie, zadbane, ale o nie trzeba specjalnie zapytać , gdyż te skarby są schowane przed okiem „Szanownego Klienta”. Na moją prośbę, przyniósł kiedyś pan Krzysztof aż 3 albumy takich starych kart pocztowych. Wszystkie, o ile dobrze pamiętam, po 10 zł. Zaprezentuję jedną z kupionych w tym antykwariacie  kartek, jest to stara humorystyczna pocztówka z osobliwym przedstawieniem jednego ze szwajcarskich szczytów noszącego nazwę „Die Jungfrau” czyli po naszemu „Dziewica” – stąd taka, a nie inna wizja artysty, który tak odmalował górę: Piękne, rozłożone dziewczę i grupa śmiałków, którzy usilnie starają się zdobywać ten wspaniały szczyt. Wszystkiemu przygląda się okrągły, łysy i uśmiechnięty księżyc – stały element wielu przedwojennych pocztówek.

Die Jungfrau stara pocztówka, Szawjcaria

Die Jungfrau stara pocztówka, Szawjcaria

Do zakupu skłonił mnie surrealizm sceny, a także uderzające podobieństwo do innej mojej pocztówki, reprodukcji dzieła Canabela pt. „Narodziny Wenus”. Mam wrażenie, że autor „Die Jungfrau” trochę się wzorował na klasyku.

narodziny Wenus Canabel, stara pocztówka , Stengel Verlag

narodziny Wenus Canabel, stara pocztówka , Stengel Verlag

Antykwariat pana Jastrzębskiego opuszczasz zawsze z jakimś zakupem. Jeżeli nawet przychodzisz po książkę kucharską Kuronia, a jej tam akurat nie ma, wybierasz sobie jakieś czytadła za grosze, radziecki album o Ermitażu, pierwszy tom Harry’ego Pottera – cokolwiek, bo miejsce dostarcza tylu pozytywnych emocji, że aż głupio wychodzić z pustymi rękami. Dla mnie zakup tam jest nie tylko przyjemnością, ale moim sposobem podziękowania za mile spędzony czas.

Uwaga – Bardzo ważne!

Chociaż pan Krzysztof należy do grona dobrych czarodziejów, to magiczna aura unosząca się nad jego antykwariatem pobudza nadmiernie wyobraźnie klientów i upaja, wciąga, osacza, co czasem skutkuje tym, że Szanowna Klientka się rozkręca, kupuje rzeczy, dla których próżno szukać usprawiedliwienia oraz wolnego miejsce na domowym regale :). Tak oto, czas temu jakiś  (a było to dawno, że ho ho), nabyłam pod wpływem tej magii takie oto dzieło :

jeden ze śmieszniejszych rysunków z książki François André, Buchheim-Verlag

jeden ze śmieszniejszych rysunków z książki François André, Buchheim-Verlag

książka zakupiona u pana Krzysztofa:) François André, Buchheim-Verlag

książka zakupiona u pana Krzysztofa:) François André, Buchheim-Verlag

Nie dopatrzyłam się smaku w tym wydaniu, ale nabyłam je nie bez radości. Książeczka pełna jest całkiem drętwego humoru i czeka na lepsiejsze czasy.  Do zdecydowanie bardziej trafionych nabytków należy stare wydanie „Dawna Polska w Anegdocie (Maria Tomkiewiczowa, Władysław Tomkiewicz). Urocze to wydanie z niezwykłymi ilustracjami Adama Kiliana : ). Jak zwykle książeczka kosztowała jakieś śmieszne grosze.

Uwielbiam ilustracje Adama Kiliana "Dawna Polska w Anegdocie (Maria Tomkiewiczowa, Władysław Tomkiewicz)

Uwielbiam ilustracje Adama Kiliana „Dawna Polska w Anegdocie (Maria Tomkiewiczowa, Władysław Tomkiewicz)

Uwielbiam ilustracje Adama Kiliana "Dawna Polska w Anegdocie (Maria Tomkiewiczowa, Władysław Tomkiewicz)

Uwielbiam ilustracje Adama Kiliana „Dawna Polska w Anegdocie (Maria Tomkiewiczowa, Władysław Tomkiewicz)

Jedna z książek nabyta za śmieszny grosz w żoliborskim antykwariacie

Jedna z książek nabyta za śmieszny grosz w żoliborskim antykwariacie

Dla wszystkich zainteresowanych, Antykwariat na mapie:


 

Z pojęciem praw autorskich spotykamy się w dzisiejszych czasach znacznie częściej niż dawniej. Po pierwsze, z jednej strony grupa twórców treści jest o niebo większa niż, dajmy na to 100 lat temu i stale rośnie, po drugie, grupa potencjalnych szkodników, umyślnych czy nie, również się znacząco zwiększyła, m.in. dzięki nowoczesnym narzędziom, które ułatwiają kopiowanie do granic niemożliwości. Nie bez znaczenia jest fakt, że sama definicja „dzieła” uległa przepoczwarzeniu do tego stopnia, że obecnie niemal każdy przejaw ludzkiej ingerencji może podpadać pod ochronę praw autorskich, a niemal każdy z nas może niechcący stać się wirtualnym „przestępcą”.

Samo prawo twórcy do dzieła nie wzbudza przeważnie wątpliwości, a i ja nie zamierzam tego poddawać dyskusji, rzeczą nie zawsze jednak oczywistą bywa sama interpretacja tego prawa.

Kiedyś miałąm przyjemność czytać na forum pytanie jednego z użytkowników, który został szczęśliwym nabywcą nieokreślonej ilości pocztówek ze zdjęciami profesjonalnego fotografa. Kartki te nabyte miały być u najbardziej legalnego źródła czyli u samego autora zdjęć, właściciela praw autorskich. Problem pojawił się, gdy użytkownik zapragnął odsprzedać pocztówki na popularnym serwisie aukcyjnym. Podobno ten sam fotograf skontaktował się z nim i zażądał wycofania aukcji z racji tego, że „miał wyłączne prawa autorskie do prac i nie wyraził zgody na ich odsprzedaż”. Hmmmm. Coś jest nie tak moim zdaniem. Gdybyśmy interpretowali prawa autorskie do dzieła w ten sam sposób, z trudem moglibyśmy sprzedać cokolwiek lub cokolwiek sfotografować. Jeżeli dzisiaj mój sąsiad obfoci swoją starą Hondę lub przetartą torbę L. Vuitton należącą do żony, nikt nie może mu tego zabronić, bo gość nie wchodzi nikomu w paradę – ani popularnej marce samochodów, ani rozreklamowanemu wytwórcy dodatków. Jakiś czas temu jedna z blogerek pisząca o gotowaniu w przestrachu usunęła swój podobno dobrze rozwinięty blog, a powodem była nadgorliwa interwencja przedstawiciela jednej dobrze znanej firmy cukierniczej, bo dziewczyna w przepisie kulinarnym na swojej stronie umieściła chronioną prawem nazwę „Ptasie Mleczko” (bez wiedzy i zgody stron zainteresowanych oczywiście). Psychoza trwa.

Prawa autorskie należy szanować. Jak to jednak robić jeżeli każdy wydaje się rozumować te samo pojęcie na inny sposób. Nie jestem ekspertem od prawa, nie jestem uczona w pismach, ale mam ochotę postępować fair. Jeżeli czegoś nie rozumiem, staram się, żeby było dobrze i przeważnie tak jest. Jeżeli coś kopiuję z czyjejś strony, mam na to zgodę, podaję źródło, autora, gdzie to wymagane. Nie jestem w tym doskonała, ale się staram. Poszukując ciekawych materiałów na obcych stronach, przeważnie nie pytam o zgodę na kopiowanie, jeżeli jest to internetowy antykwariat – kopiuję po prostu skany i podaję źródło, adres strony, nazwisko twórcy. Wychodzę z założenia, że robię takiemu sklepowi darmową reklamę i myślę, że jest to podejście fair, chociaż na pewno puryści będą kręcić nosem. Jeżeli widzę coś ciekawego na forach lub stronach prywatnych, firmowych, wtedy pytam o zgodę i postępuję wg otrzymanych wskazówek. Jeżeli widzę ciekawy materiał na internetowych aukcjach – pytam o zgodę. I tutaj się na chwilę zatrzymam, bo wielokrotnie spotkałam się z ciekawym podejściem sprzedawców w różnych krajach. Chodzi mi o prawo do skopiowania i wykorzystania skanów pocztówek, które zostały nabyte przez osoby trzecie na aukcji internetowej. Często szperam w historii sprzedaży na Delcampe, bo jest to chyba jedyna mi znana strona, gdzie można wyciągnąć dobrej jakości skan kartki, której sprzedaż się skończyła kilka lat temu. Ostatnio szukałam tam kart pocztowych w „historii sprzedaży” i wysłałam zapytania do sprzedawców z prośbą o możliwość wykorzystania ich zdjęć na moim blogu w zamian za zacytowanie źródła i link do ich butiku na Delcampe. Odpowiedzi przeważnie były przychylne, jednak dostałam kilka brzmiących mniej więcej tak „ Pocztówka niestety już została sprzedana i nie mam już prawa do obrazka ani skanu”, inna odpowiedź jednego ze sprzedawców z Francji „Pocztówka została już sprzedana i trzeba zapytać nabywcę”.

W Polsce też się spotkałam z podobnymi odpowiedziami i ponieważ nie jest to zjawisko odosobnione, zaczęłam się martwić czy nie popadłam już w lekką przesadę. Autor zdjęcia odsyła mnie do nabywcy przedmiotu, żebym uzyskała zgodę na wykorzystanie jego własnego skanu czy zdjęcia, na którym występuje dana rzecz. Gdybyśmy takie rozumienie „prawa autorskiego” mieli uznać za właściwe, to dla przykładu, artysta fotograf X robiący fachowo zdjęcie konia, przestawałby być pewnym właścicielem swoich praw do danego dzieła z chwilą, gdy koń zostałby nabyty przez osobę trzecią. Firmy wysyłkowe traciłyby prawo do zdjęć umieszczonych we własnym katalogu tylko dlatego, że dana bluzka szyta w Chinach znalazła szczęśliwego nabywcę, ale że tych akurat było wielu, to kto rozstrzygnie, komu dane prawa autorskie się właściwie należą? Ha to robota dla prawnika albo raczej filozofa :).

Jeden ze sprzedawców, który także posłużył się wyżej przytoczoną interpretacją, która nieszczęśliwie pozbawiła go prawa autorskiego na skutek dokonanej sprzedaży napisał mi tak „Ta pocztówka została już sprzedana, ale może Pani wykorzystać inne pocztówki przedstawiające XXX, które są obecnie wystawione na sprzedaż (i tutaj „bam” link do działu z kartkami)”. No tak, myślę sobie, super, ale jaką mam gwarancję, że i one nie zostaną sprzedane, bo przecież w końcu o to sprzedawcy chodzi, żeby za oferowany towar dostać pieniądze i powiedzieć „baj baj – szerokiej drogi pocztóweczko”. Wtedy wraz z pocztówką, prawa autorskie zmienią właściciela, a ja będę w kropce, bo skan będzie dawno na moim blogu, a ja nawet nie dowiem się, że się stałam „wirtualnym przestępcą”.

Mam – Eureka – wiem jak ten problem rozwiązać.

Jeżeli autor skanu odsyła mnie do nabywcy, a nabywca, moim zdaniem nie ma do niego praw, to znaczy, że należy to interpretować jako przyzwolenie na kopiowanie – zapisuję wtedy plik na dysku, opisuję źródło, żeby potem podać w miejscu publikacji i jest git! Czy ktoś się może mnie czepiać o nierespektowanie praw autorskich? No, chyba tylko wydawca kartki albo właściciel klisz :). Jak widać sprawy są bardziej skomplikowane niżby się wydawać mogło. Ale nie należy panikować, znakomita większość starych kart pocztowych będących w dzisiejszym obiegu to przecież dzieła osierocone – nieznane wydawnictwa, anonimowi twórcy, wiele projektów już od dawna w domenie publicznej. Ale uwaga – są też takie kartki, które jeszcze długo będą pod ochroną i właściciele praw aktywnie strzegą swojej własności. Jednym z przykładów są dzieła legendarnej, francuskiej artystki, ilustratorki książek dla dzieci i niezliczonych kart pocztowych, które we Francji mają ogromną rzeszę fanów i są w cenie. Mam na myśli raczej mało znaną u nas Germaine Bouret i jej fantastyczne kartki z wizerunkami dzieci, które były ulubionym tematem artystki. Z uwagi na duże zainteresowanie, jakie budzą jej prace, na rynku francuskim pojawiają się regularnie nieautoryzowane gadżety-podróbki, z którymi próbuje się walczyć. Handel pocztówkami z tego tytułu jednak nie jest na szczęście zabroniony i nikt nie ma nic przeciwko temu, że na aukcjach prezentowane są zdjęcia i skany autentycznych, starych kartek Germaine. Niechęć budzą natomiast reprinty, które w ogóle są tematem kontrowersyjnym, czy się zbiera topografię, czy syrenki, ale to inny temat.

wczesna pocztówka autorstwa artystki, którą kocha cała Francja - Germaine Bourret, przed 1928

wczesna pocztówka autorstwa artystki, którą kocha cała Francja – Germaine Bourret, przed 1928

Napisałam się, rozpisałam, wypisałam cały tusz….. i nadal nie wiem kogo mam zapytać o zgodę na publikację skanu sprzedanej pocztówki. Może Wy mi powiecie ?

Śpiewa Urszula Sipińska  – Ople 1979 🙂

„…To był świat
Zza szyb automobilu,
Śmieszny świat,
Wyścigi na Dynasach,
Ty i ja
Znów razem na wywczasach,
Potem film z Rudolfem Valentino,
Pierwszy raz szumiało w głowie wino.
Tyle lat
Przebiegłam w parę minut…”

Wyścigi na Dynasach, Warszawa, stara pocztówka, fot. UVIS1905, delcampe.net

Wyścigi na Dynasach, Warszawa, stara pocztówka, fot. UVIS1905, delcampe.net

(Skan pocztówki Warszawa Dynasy za zgodą sklepu Uvis1905 z Delcampe.net )

Rudolf Valentino

Rudolf Valentino

zza szyb automobilu

zza szyb automobilu

włoski sklep z pocztówkami

Coraz mniej czasu miewam na szperanie w necie za moimi ulubionymi tematami, nawet mimo to, że już lato przyszło i teoretycznie pracy powinno być nieco mniej. W czasie moich poprzednich poszukiwań znalazłam wiele stron, które dodałam do „ulubionych”, ku pamięci, żeby do nich wrócić za jakiś czas i sprawdzić co nowego. Niestety rzadko do takich stron wracam, chyba że rzeczywiście była bardzo obiecująca pod kątem moich zainteresowań. W ten sposób na moim komputerze zgromadziłam bazę stron, z których nie korzystam z  wrodzonego lenistwa, zawsze bowiem jest mi łatwiej znowu wklepać ulubioną frazę w ulubioną wyszukiwarkę i czekać na wyniki. A teraz pytanko: Czy cieszyliście się kiedyś, że dostaliście mailing od jakiejś firmy lub instytucji? No u mnie to rzadkie, ale dzisiaj właśnie miałam taki przebłysk radości, jak otrzymałam maila z jednego włoskiego sklepiku , gdzie niegdyś pewnie zostawiłam swój kontakt. Bardzo to miło, że o nas pamiętają, prawda ? Zwłaszcza, że w tak pięknym kraju :).  Mail pisany w starym stylu „Egregio Signore …….”, zamiast „Ciao”. potem link do katalogu z ofertą w pdf,  a tam autografy, stare mapy, książki, dokumenty, także stare pocztówki, dla których to właśnie dopisałam się do adresatów mailingu.  Zawsze bardzo mi miło popatrzeć z rana na piękne, papierowe starocie, nawet jeżeli tym razem nic nie kupię. Wśród kart pocztowych jest wiele ciekawych okazów. także pocztówki erotyczne z początku XX wieku, moim zdaniem w dosyć przystępnej cenie, jak na ceny rynkowe. W sprzedaży mają także kilka map Polski – warto się zainteresować. Zapraszam na stronę: lacasadelcollezionista.it.

Tutaj kilka kart pocztowych z oferty tego antykwariatu. Nie pytałam ich o zgodę, ale mam nadzieję, że nie mieliby nic przeciwko (Włosi są tacy symptyczni). Wszystkie zdjęcia pochodzą ze strony http://www.lacasadelcollezionista.it

propaganda faszyzm 30 EUR, pocztówka fot. lacasadelcollezionista.it

propaganda faszyzm 30 EUR, pocztówka fot. lacasadelcollezionista.it

trzy pocztówki o tematyce erotycznej, 60 EUR, pocztówka fot. lacasadelcollezionista.it

trzy pocztówki o tematyce erotycznej, 60 EUR, pocztówka fot. lacasadelcollezionista.it

awiacja, cztery karty pocztowe, 90EUR, pocztówka fot. lacasadelcollezionista.it

awiacja, cztery karty pocztowe, 90EUR, pocztówka fot. lacasadelcollezionista.it

piękna karta pocztowa, artystyczna, pocztówka fot. lacasadelcollezionista.it

piękna karta pocztowa, artystyczna, pocztówka fot. lacasadelcollezionista.it

Karnawał Viareggio 1928, 450 EUR, pocztówka fot. lacasadelcollezionista.it

Karnawał Viareggio 1928, 450 EUR, pocztówka fot. lacasadelcollezionista.it

humorystyczne pocztówki, piłka nożna, 8 EUR, pocztówka fot. lacasadelcollezionista.it

humorystyczne pocztówki, piłka nożna, 8 EUR, pocztówka fot. lacasadelcollezionista.it

pocztówki erotyczne, 60EUR, pocztówka fot. lacasadelcollezionista.it

pocztówki erotyczne, 60EUR, pocztówka fot. lacasadelcollezionista.it

 

Zdrowie

Trzy najważniejsze rzeczy  - zdrowie (foto: morguefile.com)

Trzy najważniejsze rzeczy – zdrowie (foto: morguefile.com)

Dalai Lama zapytany o to, co go najbardziej zaskakuje w ludzkości, powiedział:

“Człowiek. Poświęca swoje zdrowie, aby zrobić pieniądze.
Następnie poświęca pieniądze, aby odzyskać zdrowie.
Wtedy tak obawia się przyszłości, że nie cieszy się teraźniejszością;
W rezultacie nie żyje w teraźniejszości ani w przyszłości;
żyje jakby nigdy nie miał umierać, po czym umiera, nigdy tak naprawdę nie żyjąc”

POKÓJ

Pokój; Hiroszima 1945 (foto: nucleardarkness.org, corbis )

Trzy najważniejsze rzeczy: Pokój; Hiroszima 1945 (foto: nucleardarkness.org, corbis )

Wolność

„Libertà
quanti hai fatto piangere
senza te quanta solitudine
fino a che avrà un senso vivere
io vivrò per avere te…”

/

Wolności,
iluż przyprawiłaś o łzy,
tyle samotności bez ciebie,
dokąd będzie sens żyć,
będę żył, aby Cię mieć

/

Trzy najważniejsze części składowe szczęścia człowieka; bez którejkolwiek z tych części szczęście jest niepełne, ale możliwe. Wtedy jest to takie szczęście kalekie. Oczywiście, poza tymi trzema są jeszcze inne elementy, ale o tym może innym razem :).

Dobranoc….