Z pojęciem praw autorskich spotykamy się w dzisiejszych czasach znacznie częściej niż dawniej. Po pierwsze, z jednej strony grupa twórców treści jest o niebo większa niż, dajmy na to 100 lat temu i stale rośnie, po drugie, grupa potencjalnych szkodników, umyślnych czy nie, również się znacząco zwiększyła, m.in. dzięki nowoczesnym narzędziom, które ułatwiają kopiowanie do granic niemożliwości. Nie bez znaczenia jest fakt, że sama definicja „dzieła” uległa przepoczwarzeniu do tego stopnia, że obecnie niemal każdy przejaw ludzkiej ingerencji może podpadać pod ochronę praw autorskich, a niemal każdy z nas może niechcący stać się wirtualnym „przestępcą”.

Samo prawo twórcy do dzieła nie wzbudza przeważnie wątpliwości, a i ja nie zamierzam tego poddawać dyskusji, rzeczą nie zawsze jednak oczywistą bywa sama interpretacja tego prawa.

Kiedyś miałąm przyjemność czytać na forum pytanie jednego z użytkowników, który został szczęśliwym nabywcą nieokreślonej ilości pocztówek ze zdjęciami profesjonalnego fotografa. Kartki te nabyte miały być u najbardziej legalnego źródła czyli u samego autora zdjęć, właściciela praw autorskich. Problem pojawił się, gdy użytkownik zapragnął odsprzedać pocztówki na popularnym serwisie aukcyjnym. Podobno ten sam fotograf skontaktował się z nim i zażądał wycofania aukcji z racji tego, że „miał wyłączne prawa autorskie do prac i nie wyraził zgody na ich odsprzedaż”. Hmmmm. Coś jest nie tak moim zdaniem. Gdybyśmy interpretowali prawa autorskie do dzieła w ten sam sposób, z trudem moglibyśmy sprzedać cokolwiek lub cokolwiek sfotografować. Jeżeli dzisiaj mój sąsiad obfoci swoją starą Hondę lub przetartą torbę L. Vuitton należącą do żony, nikt nie może mu tego zabronić, bo gość nie wchodzi nikomu w paradę – ani popularnej marce samochodów, ani rozreklamowanemu wytwórcy dodatków. Jakiś czas temu jedna z blogerek pisząca o gotowaniu w przestrachu usunęła swój podobno dobrze rozwinięty blog, a powodem była nadgorliwa interwencja przedstawiciela jednej dobrze znanej firmy cukierniczej, bo dziewczyna w przepisie kulinarnym na swojej stronie umieściła chronioną prawem nazwę „Ptasie Mleczko” (bez wiedzy i zgody stron zainteresowanych oczywiście). Psychoza trwa.

Prawa autorskie należy szanować. Jak to jednak robić jeżeli każdy wydaje się rozumować te samo pojęcie na inny sposób. Nie jestem ekspertem od prawa, nie jestem uczona w pismach, ale mam ochotę postępować fair. Jeżeli czegoś nie rozumiem, staram się, żeby było dobrze i przeważnie tak jest. Jeżeli coś kopiuję z czyjejś strony, mam na to zgodę, podaję źródło, autora, gdzie to wymagane. Nie jestem w tym doskonała, ale się staram. Poszukując ciekawych materiałów na obcych stronach, przeważnie nie pytam o zgodę na kopiowanie, jeżeli jest to internetowy antykwariat – kopiuję po prostu skany i podaję źródło, adres strony, nazwisko twórcy. Wychodzę z założenia, że robię takiemu sklepowi darmową reklamę i myślę, że jest to podejście fair, chociaż na pewno puryści będą kręcić nosem. Jeżeli widzę coś ciekawego na forach lub stronach prywatnych, firmowych, wtedy pytam o zgodę i postępuję wg otrzymanych wskazówek. Jeżeli widzę ciekawy materiał na internetowych aukcjach – pytam o zgodę. I tutaj się na chwilę zatrzymam, bo wielokrotnie spotkałam się z ciekawym podejściem sprzedawców w różnych krajach. Chodzi mi o prawo do skopiowania i wykorzystania skanów pocztówek, które zostały nabyte przez osoby trzecie na aukcji internetowej. Często szperam w historii sprzedaży na Delcampe, bo jest to chyba jedyna mi znana strona, gdzie można wyciągnąć dobrej jakości skan kartki, której sprzedaż się skończyła kilka lat temu. Ostatnio szukałam tam kart pocztowych w „historii sprzedaży” i wysłałam zapytania do sprzedawców z prośbą o możliwość wykorzystania ich zdjęć na moim blogu w zamian za zacytowanie źródła i link do ich butiku na Delcampe. Odpowiedzi przeważnie były przychylne, jednak dostałam kilka brzmiących mniej więcej tak „ Pocztówka niestety już została sprzedana i nie mam już prawa do obrazka ani skanu”, inna odpowiedź jednego ze sprzedawców z Francji „Pocztówka została już sprzedana i trzeba zapytać nabywcę”.

W Polsce też się spotkałam z podobnymi odpowiedziami i ponieważ nie jest to zjawisko odosobnione, zaczęłam się martwić czy nie popadłam już w lekką przesadę. Autor zdjęcia odsyła mnie do nabywcy przedmiotu, żebym uzyskała zgodę na wykorzystanie jego własnego skanu czy zdjęcia, na którym występuje dana rzecz. Gdybyśmy takie rozumienie „prawa autorskiego” mieli uznać za właściwe, to dla przykładu, artysta fotograf X robiący fachowo zdjęcie konia, przestawałby być pewnym właścicielem swoich praw do danego dzieła z chwilą, gdy koń zostałby nabyty przez osobę trzecią. Firmy wysyłkowe traciłyby prawo do zdjęć umieszczonych we własnym katalogu tylko dlatego, że dana bluzka szyta w Chinach znalazła szczęśliwego nabywcę, ale że tych akurat było wielu, to kto rozstrzygnie, komu dane prawa autorskie się właściwie należą? Ha to robota dla prawnika albo raczej filozofa🙂.

Jeden ze sprzedawców, który także posłużył się wyżej przytoczoną interpretacją, która nieszczęśliwie pozbawiła go prawa autorskiego na skutek dokonanej sprzedaży napisał mi tak „Ta pocztówka została już sprzedana, ale może Pani wykorzystać inne pocztówki przedstawiające XXX, które są obecnie wystawione na sprzedaż (i tutaj „bam” link do działu z kartkami)”. No tak, myślę sobie, super, ale jaką mam gwarancję, że i one nie zostaną sprzedane, bo przecież w końcu o to sprzedawcy chodzi, żeby za oferowany towar dostać pieniądze i powiedzieć „baj baj – szerokiej drogi pocztóweczko”. Wtedy wraz z pocztówką, prawa autorskie zmienią właściciela, a ja będę w kropce, bo skan będzie dawno na moim blogu, a ja nawet nie dowiem się, że się stałam „wirtualnym przestępcą”.

Mam – Eureka – wiem jak ten problem rozwiązać.

Jeżeli autor skanu odsyła mnie do nabywcy, a nabywca, moim zdaniem nie ma do niego praw, to znaczy, że należy to interpretować jako przyzwolenie na kopiowanie – zapisuję wtedy plik na dysku, opisuję źródło, żeby potem podać w miejscu publikacji i jest git! Czy ktoś się może mnie czepiać o nierespektowanie praw autorskich? No, chyba tylko wydawca kartki albo właściciel klisz🙂. Jak widać sprawy są bardziej skomplikowane niżby się wydawać mogło. Ale nie należy panikować, znakomita większość starych kart pocztowych będących w dzisiejszym obiegu to przecież dzieła osierocone – nieznane wydawnictwa, anonimowi twórcy, wiele projektów już od dawna w domenie publicznej. Ale uwaga – są też takie kartki, które jeszcze długo będą pod ochroną i właściciele praw aktywnie strzegą swojej własności. Jednym z przykładów są dzieła legendarnej, francuskiej artystki, ilustratorki książek dla dzieci i niezliczonych kart pocztowych, które we Francji mają ogromną rzeszę fanów i są w cenie. Mam na myśli raczej mało znaną u nas Germaine Bouret i jej fantastyczne kartki z wizerunkami dzieci, które były ulubionym tematem artystki. Z uwagi na duże zainteresowanie, jakie budzą jej prace, na rynku francuskim pojawiają się regularnie nieautoryzowane gadżety-podróbki, z którymi próbuje się walczyć. Handel pocztówkami z tego tytułu jednak nie jest na szczęście zabroniony i nikt nie ma nic przeciwko temu, że na aukcjach prezentowane są zdjęcia i skany autentycznych, starych kartek Germaine. Niechęć budzą natomiast reprinty, które w ogóle są tematem kontrowersyjnym, czy się zbiera topografię, czy syrenki, ale to inny temat.

wczesna pocztówka autorstwa artystki, którą kocha cała Francja - Germaine Bourret, przed 1928

wczesna pocztówka autorstwa artystki, którą kocha cała Francja – Germaine Bourret, przed 1928

Napisałam się, rozpisałam, wypisałam cały tusz….. i nadal nie wiem kogo mam zapytać o zgodę na publikację skanu sprzedanej pocztówki. Może Wy mi powiecie ?