Archive for Lipiec, 2013


Dwa dni temu znalazłam w mojej skrzynce awizo i myśląc, że to coś ważnego, pobiegłam na pocztę mimo późnej pory. Odstałam słuszne 5 minut i w okienku okazałam dowodzik oraz awizo. Miła Pani na podstawie okazanych dokumentów wydała mi list polecony zaadresowany przez Pocztę Polską i opieczętowany jako „sprawa służbowa”.  Z zaciekawieniem, natychmiast po odejściu od okienka otworzyłam kopertę, aby tam znaleźć kolejne awizo …tym razem informujące mnie o tym, że nadana przeze mnie kilka tygodni paczka czeka na mnie na poczcie i jak jej nie odbiorę to mi ją odeślą do Koluszek (ach te „Koluszki”  – słyszę o Koluszkach od dziecka! Obok Warszawy  i Krakowa to najczęściej mi się o uszy obijająca nazwa miejscowości w Polsce :).  Stanęłam jak wryta – przed chwilą dawałam w okienku jedno awizo, żeby dostać list od Poczty, a w liście drugie awizo, które informuje, że mam paczkę do odbioru!!! Najgorsze, że odeszłam już od okienka, a za mną wielka kolejka się ustawiła na 10 sztuk żywego człowieka, albo nawet więcej. Przyjęłam więc bojową postawę i z ręką na boku ustawiłam się obok załatwianej właśnie klientki. Na szczęście udało mi się bez problemów podejść do przed chwilą opuszczonego okienka i wytłumaczyć pani asystentce, że wydała mi list z awizem, a tak naprawdę, to powinnam dostać paczkę, o której mowa na tymże świstku. Musiałam klika razy powtarzać o co mi chodzi, bo sprawa kuriozalna, na szczęście pani miła była i w końcu zrozumiała i zareagowała wiele znaczącym uśmiechem na wieść o takim sposobie doręczania korespondencji służbowej dotyczącej odbioru paczek zwrotnych nie podjętych przez adresata. Wszystko się skończyło happyendem, z wielkim żalem rozstałam się z kwotą 12 PLN i poszłam szczęśliwie do domciu.  Gdy już ochłonęłam pomyślałam, że przecież mamy okres wakacyjny – urlopy, a gdy normalni pracownicy pocztowi w wakacje jadą na urlop to zastępują ich praktykanci i stażyści, a tym różne pomysły przychodzą do głowy, więc awizo w liście poleconym nie powinno zbytnio dziwić.  Tak się akurat składa, że to nie pierwszy raz takie cuda latem się zdarzają. W zeszłym roku było znacznie mniej wesoło, bo mój rejon dostał listonosza na zastępstwo, co to nie mógł mojego lokalu się doszukać i wtedy się działo. Szkoda tylko, że znaczka nie nalepili ładnego, tylko załatwili tę służbową sprawę paskudną pieczątką. A fe!

No i żeby nie było, tak mi się skojarzyło …Poczta listy pisze, zwykłe, polecone ….

 

Sąsiedzkie wykopki szufladowe cz.I

Sąsiedzi sąsiadów znajomych podczas postypowych wykopek nazbierali garstkę listów i pocztówek z czasów PRL, które zapewne spotkałby smutny los śmietnikowy, gdyby nie czujność dobrych ludzi, którzy o mnie i o moich inklinacjach pamiętają. W ten oto sposób stałam się w ciągu jednego dnia właścicielką niechcianego skarbu rodziny „X” złożonego z około 200 sztuk listów, pocztówek i zdjęć . Skarb jest oczywiście bezcenny – dostałam go za friko i nie zamierzam zbywać w najbliższym czasie ze względu na  brak czasu na skanowanie, opisywanie etc. Wśród niewycenionych znalezisk mamy fotograficzne pocztówki z Polski, głównie z lat 1960-tych, kilka kartek świątecznych, telegramy, karty pocztowe z demoludów i krajów Europy Zachodniej, wiele listów zagranicznych z Anglii i Niemiec (te ostatnie zubożały o znaczki pocztowe, które zostały podręcznikowo wycięte z kopert i zapewne teraz grzeją miejsce w jakiejś kolekcji filatelistycznej). Znalazł się nawet jeden bilet kolejowy do Lipska z 1968 roku. Nie muszę chyba nadmieniać, że popołudnie miałam bardzo sympatyczne i to pomimo to, że unikatów niestety „niet”. Na początek

1.

Jadąc od góry – koperta listu nadanego w Senegalu w lipcu 1967. W kopercie oprócz zapisanego świstka papieru znajdowała się także urocza fotograficzna pocztówka przedstawiająca handlarzy ryb. Poniżej koperta z Włoch z roku 1968, dalej już nasza krajowa kopera, ze skromnym znaczkiem i stemplami propagującymi „PZU Ubezpieczenia Zaopatrzenia Dzieci” oraz „PZU Ubezpieczenia Rentowe Zapewniają Spokojną Starość „. Ostatnia koperta PKO I Oddział w Warszawie, Ew. 1, ul. Sienkiewicza 12/14 i jakże chwytliwe hasło reklamowe ” Masz złotówkę chcesz mieć sto – składaj skrzętnie w PKO.

Wykopkowe koperty z PRL ;) Senegal, Włochy i Polska Ludowa

Wykopkowe koperty z PRL 😉 Senegal, Włochy i Polska Ludowa

Tutaj pocztówka z Senegalu i handel rybami:

Editions HOA-QUI, Afrique en Couleurs, Targ rybny, Marchandes de poissons

Editions HOA-QUI, Afrique en Couleurs, Targ rybny, Marchandes de poissons

2.

Najciekawszymi pocztówkami dla mnie, jakie będą pasowały do mojego zbiorku są kartki artystyczne – okolicznościowe, w tym zdobne telegramy:

Wesołych Świąt, pocztówka świąteczna ze Świętym Mikołajem, autor: Danuta Imielska, RUCH, 1962

Wesołych Świąt, pocztówka świąteczna ze Świętym Mikołajem, autor: Danuta Imielska, RUCH, 1962

Wesołych Świąt, kartka rozkładana artystyczna, autor: Janusz Stanny, RUCH 1966

Wesołych Świąt, kartka rozkładana artystyczna, autor: Janusz Stanny, RUCH 1966

Kartka rozkładana, artystyczna, kwiaty - wzór ludowy,  autor. Ewa Salamon, wyd.  RUCH, 1966

Kartka rozkładana, artystyczna, kwiaty – wzór ludowy, autor. Ewa Salamon, wyd. RUCH, 1966

Kartka rozkładana, artystyczna, pawie, autor. A. Balcerzak, wyd.  RUCH, 1964

Kartka rozkładana, artystyczna, pawie, autor. A. Balcerzak, wyd. RUCH, 1964

Telegramy z kopertami, rok 1964

Telegramy z kopertami, rok 1964

3.

Klasztor na Jasnej Górze, Częstochowa, pocztówka obiegowa z 1959 roku, fotograficzna

Klasztor na Jasnej Górze, Częstochowa, pocztówka obiegowa z 1959 roku, fotograficzna, Polskie Towarzystwo Turystyczno Krajoznawcze

Klasztor na Jasnej Górze, Częstochowa, pocztówka obiegowa z 1959 roku, fotograficzna, Polskie Towarzystwo Turystyczno Krajoznawcze

4.

Park Miejski w Białymstoku, pocztówka fotograficzna, Wojskowa Agencja Fotograficzna, Warszawa

Park Miejski w Białymstoku, pocztówka fotograficzna, Wojskowa Agencja Fotograficzna, Warszawa, RUCH, c. 1953

Park Miejski w Białymstoku, pocztówka fotograficzna, Wojskowa Agencja Fotograficzna, Warszawa, RUCH, c. 1953

5.

Pocztówka fotograficzna z Sopotu, 1956 rok

Sopot - molo, kartka fotograficzna, 1956,

Sopot – molo, kartka fotograficzna, 1956,

6.

Hotel MERKURY w Poznaniu,  Pocztówka fotograficzna ( kolorowa ! ) z 1965 roku

Hotel MERKURY - Poznań,  Pocztówka fotograficzna nadana w  1965 roku, RUCH

Hotel MERKURY – Poznań, Pocztówka fotograficzna nadana w 1965 roku, RUCH

7.

Tatry, Żółta Turnia ok. 1966 , pocztówka fotograficzna

Tatry, Żółta Turnia ok. 1966 , pocztówka fotograficzna, fot. P. Mystkowski

Tatry, Żółta Turnia ok. 1966 , pocztówka fotograficzna, fot. P. Mystkowski

8.

Sandomierz – Gastomianum ( obecnie liceum ogólnokształcące), c. 1961

Sandomierz - Gastomianum ( obecnie liceum ogólnokształcące), około 1961, wyd. RUCH, fot. B. Malmurowicz

Sandomierz – Gastomianum ( obecnie liceum ogólnokształcące), około 1961, wyd. RUCH, fot. B. Malmurowicz

9.

Ruiny Zamku w Ujeździe, ok. 1966 roku, kartka fotograficzna

Ujazd - ruiny zamku, fot. P.Pierściński, ok. 1966, PTTK,

Ujazd – ruiny zamku, fot. P.Pierściński, ok. 1966, PTTK,

10.

Krynica – fragment uzdrowiska, pocztówka fotograficzna

Krynica - fragment uzdrowiska, pocztówka fotograficzna, ok. 1968, fot. G. Russ, PTTK

Krynica – fragment uzdrowiska, pocztówka fotograficzna, ok. 1968, fot. G. Russ, PTTK

11.

Ha! Znalazło się też cosik, co ucieszyłoby miłośników i kolekcjonerów latarni morskich. Oto latarnia morska w Rozewiu – pocztówka fotograficzna;  Latarnia morska  z 1731 roku, rozbudowana w 1910 roku. Należy do największych w Europie. Wysokość 27m, siła światła 4 miliony świec, błyski widoczne na odległość 60km.

Rozewie, Latarnia Morska, pocztówka fotograficzna, ok. 1967 roku, fot. J. Siudecki

Rozewie, Latarnia Morska, pocztówka fotograficzna, ok. 1967 roku, fot. J. Siudecki

12.

Jezioro Garcz, pocztówka fotograficzna, RUCH, ok. 1961 roku

Jezioro Garcz, pocztówka fotograficzna, RUCH, ok. 1961 roku

Jezioro Garcz, pocztówka fotograficzna, RUCH, ok. 1961 roku

13.

Piękny, okaleczony Wrocław. Fragment miasta – widok  z wieży Ratusza.

Wrocław, widok z wieży Ratusza, fot. L. Święcki, PTTK, Wrocław

Wrocław, widok z wieży Ratusza, fot. L. Święcki, PTTK, Wrocław

14.

Jastarnia, Port Rybacki, pocztówka fotograficzna RUCH

Jastarnia, Port Rybacki, pocztówka fotograficzna RUCH, fot. J. Siudecki

Jastarnia, Port Rybacki, pocztówka fotograficzna RUCH, fot. J. Siudecki

15.

Pocztówka fotograficzna o nietypowych wymiarach. Port w Gdyni i statek BATORY. Dodatkowo ciekawy rewers z ładną hotelową vlepką ” International Student Hotel”.

Gdynia, Statek Batory, pocztówka fotograficzna, 1965

Gdynia, Statek Batory, pocztówka fotograficzna, 1965

(rewers) Gdynia, Statek Batory, pocztówka fotograficzna, 1965

(rewers) Gdynia, Statek Batory, pocztówka fotograficzna, 1965

16.

Oto zdjęcie bez oznaczeń pocztówkowych, o nietypowych dla kartek pocztowych wymiarach 10×24. Na rewersie informacja o wytwórcy : Spółdzielnia Foto-Jedność, Zakopane, Fot. St. Burnatowicz,

fotografia wysłana jako pocztówka, St. Burnatowicz, Zakopane

fotografia wysłana jako pocztówka, St. Burnatowicz, Zakopane

W stercie kartek były także listy – niektóre w kopertach, inne bez. Nie udało się niestety wszystkich przeczytać, bo pismo niekiedy mało czytelne,  a i cierpliwości brak. Znalazły się jednak dwa listy pisane na maszynie.  Których ciekawsze fragmenty przytoczę.

17.

List polskiej zakonnicy z Włoch nr. 1. Zaznaczyłam ciekawy fragment, który cytuję, dotyczący nawiązania do historii polskich Ziem Zachodnich: ” (…)Teraz zabiorę się do przestudiowania naszej Historji, dotyczącej naszych ziem zachodnich, w tych dniach dzienniki niemieckie zupełnie bezwstydnie kłamią, mówiąc, że te ziemie zawsze należały do nich, chcę to sprostować na podstawie historji, bo wiem przecież, że Słowianie zajmowali ziemie aż tam, gdzie jest obecnie Berlin. Mieszko I połączył te różne szczepy słowiańskie, które najpierw nazywały się Polanami, a potem Polską. To pamiętam doskonale, a teraz jeszcze sobie powtórzę historię, napiszę na ten temat i dam do wydrukowania jednemu ze znanych dziennikarzy, bo nie chcę, aby to było wydrukowane pod moim nazwiskiem, bo jestem zakonnicą. Chodzi mi tylko o to, aby prawda była wiadoma. Nie mogę zrozumieć. jak Niemcy mogą takie bzdury pisac, ale też i tego, że nasi Polacy cicho siedzą i mało co piszą na ten temat. (…)”.

list z Włoch, 1967 rok

list z Włoch, 1967 rok

18.

List z Włoch nr. 2, połowa lat 1960-tych. List pisany przez tę samą zakonnicę, tym razem ciekawy fragment nawiązuje do lotu w Kosmos i wycieczek na księżyc: „(…) Tu wszyscy mówią, że te słoty zawdzięczają się tym próbom samolotowym na księżyc, gdyż poruszają się chmury radioaktywne, które przynoszą tyle zła. Prawdy rzekłszy, ja tych rzeczy nie uczyłam się, więc nie wiem, kto ma rację, a kto nie. Może by Witek coś mi na ten temat napisał, przecież on uczy się pewno tych rzeczy, tak teraz przez wszystkich omawianych, ale ja nie mam czasu teraz tym się zajmować  poważnie, wystarczają mi te wiadomości, które podają gazety, mniej lub więcej dokładnie. Ja sama jakoś nie bardzo dużo spodziewam się korzyści z tych wycieczek na księżyc, pewno jest to bardzo ciekawe, ale nie byłoby lepiej dać  na razie te olbrzymie sumy na tych ludzi, którzy umierają z głodu? Na księżycu nie ma światła, nie ma powietrza, jest okropnie zimno, powierzchnia księżyca jest miękka, więc jaka korzyść  materjalna może z tego być ? Ale zostawiam ten znak zapytania ludziom, którzy poświęcają tej sprawie wiele nauki  i badań, nasi potomkowie będą to wiedzieli, a my jesteśmy w ciemnościach, co przyniesie przyszłość . (…)”

list pisany na maszynie, połowa lat 1960-tych

list pisany na maszynie, połowa lat 1960-tych

Kartek pocztowych z widokami z Polski jest więcej, jednak na dzisiaj to by było na tyle, z polskich akcentów..  W drugiej części, jak starczy zapału, zeskanuję kilka kartek zagranicznych.

Jak wspomniałam w papierzyskach zapętlił się niewinny bilecik kolejowy na pociągi pośpieszne z Warszawy Głównej  ( Orbis) do Lipska Hauptbahnhof przez Poznań Słubice.

Bilecik do Lipska, z 19 kwietnia 1967

Bilecik do Lipska, z 19 kwietnia 1967

Na stronie delcampe znajdziemy pokaźną bazę linków do innych stron w internecie poświęconych kolekcjonowaniu nie tylko pocztówek, ale i znaczków, monet, guzików i innych przedmiotów. Strony są w różnych językach, jednak z przewagą francuskiego :).  Ten fragment delcampe nie jest zbyt pilnie aktualizowany, toteż są tu linki, które nie działają jak należy. Znajdziemy tu ciekawe portale, strony i blogi osobiste, także odnośniki do stron komercyjnych. Może znajdzie tu ktoś coś dla siebie.

http://www.delcampe.net/links.php?language=E

linki na Delcampe

linki na Delcampe

Dzisiejsze pisanie zawdzięczamy ….

Są takie dni, kiedy mam trochę czasu, żeby skrobnąć kilka zadań na ulubiony temat, ale nie mam kompletnie natchnienia; innym razem, tak jak dzisiaj pełna jestem zapału, natomiast nieprzewidziane okoliczności i poezja życia uniemożliwiają mi przelanie mojej weny na wirtualny papier. Co poradzić? Już w nocy śnił mi się krótki artykuł, o którego napisaniu myślę od ponad dwóch lat, ale niestety nic z tego – mimo najszczerszych chęci nie udało mi się dzisiaj znaleźć w bałaganie ani książki, ani pocztówki, która miała być przedmiotem mojego pisania, ani też nawet jej skanu, który dawno temu zrobiłam na „wszelką ewentualność” i wpuściłam do specjalnego folderu na twardym dysku, żeby czekał na stosowną chwilę. Bez książki sobie jakoś bym poradziła, bo fragmenty mogłabym znaleźć w internecie, jednakże bez skanu pocztówki ani rusz. Ostatnia deska ratunku – wirtualne muzeum, gdzie przechowuję część mojego filokartystycznego zbiorku – i tutaj pam tralalala ….akurat tej nie wrzuciłam do żadnej kolekcji, bo miała ona być przecież zarezerwowana na specjalną okazję. No dobrze – poddaję się. Oba przedmioty złośliwe na pewno znajdą się potem i jeszcze niejedną będę miała sposobność ich opisania. Ale co z moim zapałem grafomańskim? Postanowiłam ostatecznie zmienić temat mojego wywodu i napisać parę słów o jednym ciekawym miejscu w Warszawie, które warto odwiedzić.

Czy znasz jakieś zaczarowane miejsca ?

Jeżeli mielibyście wymienić jakieś „miejsca magiczne” w Stolicy, co w pierwszej kolejności przyszłoby Wam do głowy? Pewnie pierwsze skojarzenia to „Krakowskie Przedmieście”, „Łazienki”, „Pomnik Syreny”… . Gdy wydaje się, że już wszystko wymieniliśmy, możemy zerknąć do przewodnika po Warszawie, tam czeka lista miejsc, która mogłaby uzupełnić wyliczankę. Jednak coś mi podpowiada, że „miejsce magiczne” to jednak coś innego. To takie miejsce, które jest ukryte, zamaskowane, nie jest dla każdego oczywiste i nie ma jasnych wskazówek, jak tam trafić. Jeżeli jednak już się tam znajdziesz, przez przypadek lub za rekomendacją, wiesz, że jesteś we właściwym, prawdziwie magicznym miejscu. Ja znam takie miejsca w Warszawie, a jedno z nich odkryłam sama wiele lat temu się na Żoliborzu przy ul. Juliusza Słowackiego 6/8. Tam, w cieniu lokalnego WSS MERKURY na samiutkim końcu szeregu pawilonów handlowych znajduje się najbardziej zaczarowany antykwariat jaki znam, a w antykwariacie przesympatyczny antykwariusz – pan Krzysztof Jastrzębski, do którego codziennie, bez względu na porę dnia i godzinę walą tłumnie fascynaci literatury i ploteczek oraz miłego towarzystwa.

Jakie znasz miejsca magiczne? Może park w Łazienkach ?

Jakie znasz miejsca magiczne? Może park w Łazienkach ?

Nie ma to jak u pana Krzysia

Bywam tam od lat i jeszcze nie pamiętam, żeby kiedykolwiek u pana Krzysia było nudno lub pusto – zawsze kręci się tam przynajmniej kilka – kilkanaście osób jednocześnie, i chociaż trudno w to uwierzyć, zawsze kiedy tam mi się zdarza przyjechać, wygląda to dokładnie tak samo. A tym którzy nie są wtajemniczeni trzeba wiedzieć, że Antykwariat pana Krzysztofa jest jednym z kliku działających w tym miejscu, ale jako jedyny ściąga tak wielu sympatyków. Podczas gdy stłoczeni klienci próbują znaleźć coś dla siebie na przepełnionych półkach niewielkiego pomieszczenia pana Krzysia, sąsiednie antykwariaty, te bardziej od ulicy, są puste. Ci, którym nie udało się dostać do środka przeglądają ofertę wystawioną na zewnątrz i czekają, aż jakaś osoba wyjdzie, żeby móc zająć jej miejsce. Drzwi antykwariatu są zawsze otwarte, a książki rozłożone dookoła pawilonu w kartonach, na chodniku, na stolikach, bo inaczej nie sposób byłoby wejść do środka i czegokolwiek znaleźć. To wspaniałe udogodnienie, które każdy odwiedzający to miejsce docenia. Czasem znienacka podjeżdża ktoś z dwoma kartonami wypełnionymi książkami i wciska się między obecnych – właściciel wprawnym okiem ocenia zawartość i kupuje całość bez przebierania za 20 zł, 50 zł ….. .

U pana Krzysztofa jest zawsze gwarno, głośno i wesoło. Do dyskusji każdy chce się włączyć, zawsze toczą się jakieś dysputy, jakieś polemiki, dyskusje, poważne, żartobliwe, ze znajomością problematyki lub bez niej – każdy ma coś do powiedzenia. A tematy poruszane są różne różniste – o historii, o wojsku, o książkach, polityce, sprawach intymnych, ktoś czasem rzuci sprośny żart lub się zabawnie przejęzyczy.

Bo magiczna atmosfera antykwariatu rozwiązuje ludziom języki, niczym pod wpływem czarodziejskiego zaklęcia, przychodzące tam osoby różnych płci i stanów, jakby to kiedyś może określono, zaczynają opowiadać niestworzone historie  – wymyślone, zasłyszane lub z życia wzięte, ballady o sobie, uciążliwych sąsiadach, nieślubnych dzieciach, niewiernych żonach, rozpustnych lekarzach, przekupnych sędziach, dramatach cudzych lub własnych. Klientela pana Krzysia jest najbardziej zróżnicowana jaką można sobie wyobrazić – bywają tam gimnazjaliści, studenci, doktoranci, adwokaci, artyści, emeryci i osoby majętne i nieco uboższe, także ludzie, którzy najzwyczajniej w świecie garną się do towarzystwa, są samotni lub chcą spędzić chwilę w sympatycznej atmosferze. Przekrój społeczny tak barwny, że Pan Krzysztof swoich klientów nagrywa, a także opisuje w wydawanych przez siebie wspomnieniach.

Myślicie, że pan Krzysio jest zawsze dla wszystkich uprzejmy – a i owszem, bywa i tak, ale bywa także, że i huknie stanowczo, odrobinę obcesowo, ale zarazem tak, że nie można się gniewać. Pan Krzysztof ma dużo klientów i dużo pracy, jak chce iść do domu, to nie zawsze jest łatwo się pozbyć klientów, którzy wciąż okupują ulubiony antykwariat oglądając książki – chcieliby tu zostać na dłużej. Wtedy pan Krzysio, jak sam stwierdził kiedyś, nie jest finezyjnie przyjemny i oświadcza, że na dzisiaj koniec :)). U Pana Krzysztofa nikt nie jest anonimowy, każdy jest „Szanownym Klientem” lub „Szanowną Klientką”, „Panem Magistrem” lub „Panią Doktor”. Pan Krzysztof ma fantastyczną pamięć i uwielbia przedstawiać swoich stałych bywalców innym, akurat obecnym klientom. „ A ten pan magister to przychodzi tu do mnie od 10 lat, jeszcze jako dzieciak zrywał się zlekcji i przybiegał po komiksy” 🙂 Ale dzisiaj akurat, ten ongisiejszy brzdąc przyszedł po inną, zgoła poważniejszą literaturę, jest bowiem studentem.

Niezawodny sposób na klienta

A oferta pana Krzysia, zapytacie ?– jak marzenie, takiej oferty nie ma nikt inny, a nie jeden biznesman mógłby lekcje u naszego żoliborskiego antykwariusza pobierać. Polityka cenowa nie zmieniła się od lat, każdy może znaleźć coś dla siebie, i mimo że pod Antykwariatem są kolejki, to Pan Krzysztof nie podnosi cen, co jest praktyką rzadką w dzisiejszym komercyjnym światku. Ale pan Krzysztof nie należy do gatunku „handlarzy” dzięki temu Antykwariat ma wciąż klientów, tych wiernych starych oraz nowych. Woluminów na miejscu jest wiele tysięcy, a ceny Pan Krzysztof zna wszystkie na pamięć (!) i gdy o konkretną pozycję jest pytany, to podaje kwoty z głowy, co cieszy ogromnie wszystkich, którzy nie znoszą mieć cennika nagryzmolonego na okładce. Tutaj jeszcze wspomnę o jednej istotnej rzeczy. Bywalcy targowisk i miejsc handlowych, gdzie zazwyczaj etykiet z cenami nie uświadczysz, dobrze wiedzą, że kwota rzucona przez handlarza często zależy od samego klienta; tacy robiący dobre wrażenie starych wyjadaczy mają ceny przystępniejsze, wdowy i początkujący szperacze o „naiwnym spojrzeniu” otrzymują cenę, jaką wg sprzedawcy są w stanie zapłacić. Te praktyki handlowe, będące wątpliwym urokiem bazarów i wszelakich giełd kolekcjonerskich nie mają prawa bytu w tym miejscu, bo nasz bukinista nie ocenia wartości swego towaru wg zasobności portfela klienta, ale wg subiektywnej oceny przedmiotu. Po godzinnym nurkowaniu w kartonach i na półkach, podchodzę do pana Krzysia ze stertą książek, a pan Krzysio wylicza ile mnie to będzie kosztowało : „to 50 gr”, to 1 zł, 70 gr”, ….po chwili rzuca „ o to będzie drogie, szanowna Klientko – 3 zł” :). I w ten sposób wydawszy 12 zł wychodzę z ciężkim plecakiem, ogromnym uśmiechem na buzi i umorusanymi od knig łapkami. Oferta jest ciekawa, bogata i ciągle są nowe pozycje. Jeżeli czegoś szukamy konkretnego, a nie ma tego akurat na wierzchu to trzeba poprosić pana Krzysia o pomoc, a nie jest wykluczone, że nam to znajdzie : „Tak, mam to, ale jest gdzieś pod stertą w magazynie i muszę się do tego dostać”. Tak brak miejsca to odwieczny problem tego miejsca:). Gdy pierwszy raz tam się pojawiłam wiele lat temu, cały pawilon był przeładowany książkami, a mimo to,  że ich było zawsze za dużo, to często Pan Krzysztof nie mógł sprzedać określonego tytułu, chociaż go miał, a powodem była niemożność wyciągnięcia go spod stosu innych ksiąg. Z czasem sytuacja wydawała się ulegać niewielkiej poprawie.

Gdzie to magiczne miejsce?

Pan Krzysztof jest z wykształcenia historykiem, pasjonatem książek, co wydaje się oczywiste z racji prowadzonej działalności. Powstał o nim nawet film dokumentalny zatytułowany Antykwariat. Gdy się odwiedza jego legendarny antykwariat, ma się wrażenie jakby właściciel przeczytał wszystkie zgromadzone tam książki. Nieład artystyczny panujący w tym miejscu oraz swoboda bycia słynnego bukinisty, prostolinijność, otwartość na ludzi, barwni bywalcy i jasne zasady rządzące antykwarycznym handlem składają się po trosze na niepowtarzalną, magiczną atmosferę, która przyciąga klientów jak magnes. Jeżeli macie chwilę wolną lub szukacie ciekawych miejsc w Warszawie, to Antykwariat u Pana Krzysztofa Jastrzębskiego jest zdecydowanie must-see.

Antykwariat mieści się przy ulicy Słowackiego 6/8 w Warszawie i jest to, patrząc od strony ulicy, ostatni, ale ze względu na liczbę klientów najbardziej się rzucający w oczy pawilon. Można tam dojechać metrem, wysiąść należy na stacji Plac Wilsona, jadąc od Centrum w kierunku stacji Młociny,. Magiczne miejsca tworzą ludzie, nie pomniki czy budynki.

Tu się mieści słynny Antykwariat Krzysztofa Jabłońskiego (fot. google maps - zrzut ekranu i moja strzałka dorobiona w Gimpie - Googlu - dziękuję!)

Tu się mieści słynny Antykwariat Krzysztofa Jabłońskiego (fot. google maps – zrzut ekranu i moja strzałka dorobiona w Gimpie – Googlu – dziękuję!)

Oprócz książek pan Krzysztof ma także pocztówki, wszakże i taki towar przynoszą ludzie z książkami, a i nie tylko. Oprócz tradycyjnych książek można spotkać tam także klasery, albumy, zdjęcia prasowe i rodzinne, płyty, kasety magnetofonowe, niekiedy i zabawki oraz inne różności, których z zasady się tam nie sprzedaje. Kiedyś udało mi się nabyć tam czysty, duży album do zdjęć za 3 zł, a także zestaw prasowych fotosów, z których jedno wygląda tak:

Dwaj rosyjscy żołnierze z sokołami  - obrońcami Kremla

Dwaj rosyjscy żołnierze z sokołami – obrońcami Kremla

Pocztówki z oferty pana Krzysztofa nie mają jakiejś specjalnej rangi, toteż jak wszystko inne, czekają sobie niedbale w kartonach lub reklamówkach na klienta, który je zechce przerzucić i zabrać do innego świata. Żeby sobie dobrać odpowiednie egzemplarze niezbędna jest cierpliwość i dużo czasu, gdyż nie obowiązuje żadna segregacja, ale też i klient nie musi sobie zawracać głowy namolnym spojrzeniem sprzedawcy, który patrzy czy to klient nie za bardzo przewraca w pudle, jak to ma miejsce w innych tego typu przybytkach. To dotyczy oczywiście mało wartościowych kartek, wydanych głównie po 1950 roku. Ja już nie raz po takiej wizycie u Pana Krzysztofa wracałam z bólem pleców i zziębniętymi dłońmi – warunki poszukiwań nie były sprzyjające, bo człowiek czasem musi przykucnąć, schylić się, co chwila wstać, bo przecież są inni klienci chcący przejść do regału za tobą, a do tego, jeżeli jest to późna jesień, marzną niemiłosiernie palce. Mimo to, nie raz już się cieszyłam ze znalezisk – uroczych artystycznych kartek z PRL, z widokami Warszawy, świątecznymi życzeniami, ilustracjami Szancera. Takie karteczki kupowałam tam po 10 -50 gr za sztukę.

Podróż po Warszawie z Wiechowską Ferajną

Podróż po Warszawie z Wiechowską Ferajną. Jedna z serii kartek pocztowych z 1965 roku, (autor Jerzy Zaruba)

Jan Marcin Szancer Żaba i Modraczek i grzyb

Jan Marcin Szancer Żaba i Modraczek i grzyb

Pies co palił fajkę, kartka fotograficzna z PRL

Pies co palił fajkę, kartka fotograficzna z PRL

Oprócz tych mniej wartościowych pocztówek dostępne są też kartki przedwojenne, ładnie ułożone w albumie, zadbane, ale o nie trzeba specjalnie zapytać , gdyż te skarby są schowane przed okiem „Szanownego Klienta”. Na moją prośbę, przyniósł kiedyś pan Krzysztof aż 3 albumy takich starych kart pocztowych. Wszystkie, o ile dobrze pamiętam, po 10 zł. Zaprezentuję jedną z kupionych w tym antykwariacie  kartek, jest to stara humorystyczna pocztówka z osobliwym przedstawieniem jednego ze szwajcarskich szczytów noszącego nazwę „Die Jungfrau” czyli po naszemu „Dziewica” – stąd taka, a nie inna wizja artysty, który tak odmalował górę: Piękne, rozłożone dziewczę i grupa śmiałków, którzy usilnie starają się zdobywać ten wspaniały szczyt. Wszystkiemu przygląda się okrągły, łysy i uśmiechnięty księżyc – stały element wielu przedwojennych pocztówek.

Die Jungfrau stara pocztówka, Szawjcaria

Die Jungfrau stara pocztówka, Szawjcaria

Do zakupu skłonił mnie surrealizm sceny, a także uderzające podobieństwo do innej mojej pocztówki, reprodukcji dzieła Canabela pt. „Narodziny Wenus”. Mam wrażenie, że autor „Die Jungfrau” trochę się wzorował na klasyku.

narodziny Wenus Canabel, stara pocztówka , Stengel Verlag

narodziny Wenus Canabel, stara pocztówka , Stengel Verlag

Antykwariat pana Jastrzębskiego opuszczasz zawsze z jakimś zakupem. Jeżeli nawet przychodzisz po książkę kucharską Kuronia, a jej tam akurat nie ma, wybierasz sobie jakieś czytadła za grosze, radziecki album o Ermitażu, pierwszy tom Harry’ego Pottera – cokolwiek, bo miejsce dostarcza tylu pozytywnych emocji, że aż głupio wychodzić z pustymi rękami. Dla mnie zakup tam jest nie tylko przyjemnością, ale moim sposobem podziękowania za mile spędzony czas.

Uwaga – Bardzo ważne!

Chociaż pan Krzysztof należy do grona dobrych czarodziejów, to magiczna aura unosząca się nad jego antykwariatem pobudza nadmiernie wyobraźnie klientów i upaja, wciąga, osacza, co czasem skutkuje tym, że Szanowna Klientka się rozkręca, kupuje rzeczy, dla których próżno szukać usprawiedliwienia oraz wolnego miejsce na domowym regale :). Tak oto, czas temu jakiś  (a było to dawno, że ho ho), nabyłam pod wpływem tej magii takie oto dzieło :

jeden ze śmieszniejszych rysunków z książki François André, Buchheim-Verlag

jeden ze śmieszniejszych rysunków z książki François André, Buchheim-Verlag

książka zakupiona u pana Krzysztofa:) François André, Buchheim-Verlag

książka zakupiona u pana Krzysztofa:) François André, Buchheim-Verlag

Nie dopatrzyłam się smaku w tym wydaniu, ale nabyłam je nie bez radości. Książeczka pełna jest całkiem drętwego humoru i czeka na lepsiejsze czasy.  Do zdecydowanie bardziej trafionych nabytków należy stare wydanie „Dawna Polska w Anegdocie (Maria Tomkiewiczowa, Władysław Tomkiewicz). Urocze to wydanie z niezwykłymi ilustracjami Adama Kiliana : ). Jak zwykle książeczka kosztowała jakieś śmieszne grosze.

Uwielbiam ilustracje Adama Kiliana "Dawna Polska w Anegdocie (Maria Tomkiewiczowa, Władysław Tomkiewicz)

Uwielbiam ilustracje Adama Kiliana „Dawna Polska w Anegdocie (Maria Tomkiewiczowa, Władysław Tomkiewicz)

Uwielbiam ilustracje Adama Kiliana "Dawna Polska w Anegdocie (Maria Tomkiewiczowa, Władysław Tomkiewicz)

Uwielbiam ilustracje Adama Kiliana „Dawna Polska w Anegdocie (Maria Tomkiewiczowa, Władysław Tomkiewicz)

Jedna z książek nabyta za śmieszny grosz w żoliborskim antykwariacie

Jedna z książek nabyta za śmieszny grosz w żoliborskim antykwariacie

Dla wszystkich zainteresowanych, Antykwariat na mapie:


 

Z pojęciem praw autorskich spotykamy się w dzisiejszych czasach znacznie częściej niż dawniej. Po pierwsze, z jednej strony grupa twórców treści jest o niebo większa niż, dajmy na to 100 lat temu i stale rośnie, po drugie, grupa potencjalnych szkodników, umyślnych czy nie, również się znacząco zwiększyła, m.in. dzięki nowoczesnym narzędziom, które ułatwiają kopiowanie do granic niemożliwości. Nie bez znaczenia jest fakt, że sama definicja „dzieła” uległa przepoczwarzeniu do tego stopnia, że obecnie niemal każdy przejaw ludzkiej ingerencji może podpadać pod ochronę praw autorskich, a niemal każdy z nas może niechcący stać się wirtualnym „przestępcą”.

Samo prawo twórcy do dzieła nie wzbudza przeważnie wątpliwości, a i ja nie zamierzam tego poddawać dyskusji, rzeczą nie zawsze jednak oczywistą bywa sama interpretacja tego prawa.

Kiedyś miałąm przyjemność czytać na forum pytanie jednego z użytkowników, który został szczęśliwym nabywcą nieokreślonej ilości pocztówek ze zdjęciami profesjonalnego fotografa. Kartki te nabyte miały być u najbardziej legalnego źródła czyli u samego autora zdjęć, właściciela praw autorskich. Problem pojawił się, gdy użytkownik zapragnął odsprzedać pocztówki na popularnym serwisie aukcyjnym. Podobno ten sam fotograf skontaktował się z nim i zażądał wycofania aukcji z racji tego, że „miał wyłączne prawa autorskie do prac i nie wyraził zgody na ich odsprzedaż”. Hmmmm. Coś jest nie tak moim zdaniem. Gdybyśmy interpretowali prawa autorskie do dzieła w ten sam sposób, z trudem moglibyśmy sprzedać cokolwiek lub cokolwiek sfotografować. Jeżeli dzisiaj mój sąsiad obfoci swoją starą Hondę lub przetartą torbę L. Vuitton należącą do żony, nikt nie może mu tego zabronić, bo gość nie wchodzi nikomu w paradę – ani popularnej marce samochodów, ani rozreklamowanemu wytwórcy dodatków. Jakiś czas temu jedna z blogerek pisząca o gotowaniu w przestrachu usunęła swój podobno dobrze rozwinięty blog, a powodem była nadgorliwa interwencja przedstawiciela jednej dobrze znanej firmy cukierniczej, bo dziewczyna w przepisie kulinarnym na swojej stronie umieściła chronioną prawem nazwę „Ptasie Mleczko” (bez wiedzy i zgody stron zainteresowanych oczywiście). Psychoza trwa.

Prawa autorskie należy szanować. Jak to jednak robić jeżeli każdy wydaje się rozumować te samo pojęcie na inny sposób. Nie jestem ekspertem od prawa, nie jestem uczona w pismach, ale mam ochotę postępować fair. Jeżeli czegoś nie rozumiem, staram się, żeby było dobrze i przeważnie tak jest. Jeżeli coś kopiuję z czyjejś strony, mam na to zgodę, podaję źródło, autora, gdzie to wymagane. Nie jestem w tym doskonała, ale się staram. Poszukując ciekawych materiałów na obcych stronach, przeważnie nie pytam o zgodę na kopiowanie, jeżeli jest to internetowy antykwariat – kopiuję po prostu skany i podaję źródło, adres strony, nazwisko twórcy. Wychodzę z założenia, że robię takiemu sklepowi darmową reklamę i myślę, że jest to podejście fair, chociaż na pewno puryści będą kręcić nosem. Jeżeli widzę coś ciekawego na forach lub stronach prywatnych, firmowych, wtedy pytam o zgodę i postępuję wg otrzymanych wskazówek. Jeżeli widzę ciekawy materiał na internetowych aukcjach – pytam o zgodę. I tutaj się na chwilę zatrzymam, bo wielokrotnie spotkałam się z ciekawym podejściem sprzedawców w różnych krajach. Chodzi mi o prawo do skopiowania i wykorzystania skanów pocztówek, które zostały nabyte przez osoby trzecie na aukcji internetowej. Często szperam w historii sprzedaży na Delcampe, bo jest to chyba jedyna mi znana strona, gdzie można wyciągnąć dobrej jakości skan kartki, której sprzedaż się skończyła kilka lat temu. Ostatnio szukałam tam kart pocztowych w „historii sprzedaży” i wysłałam zapytania do sprzedawców z prośbą o możliwość wykorzystania ich zdjęć na moim blogu w zamian za zacytowanie źródła i link do ich butiku na Delcampe. Odpowiedzi przeważnie były przychylne, jednak dostałam kilka brzmiących mniej więcej tak „ Pocztówka niestety już została sprzedana i nie mam już prawa do obrazka ani skanu”, inna odpowiedź jednego ze sprzedawców z Francji „Pocztówka została już sprzedana i trzeba zapytać nabywcę”.

W Polsce też się spotkałam z podobnymi odpowiedziami i ponieważ nie jest to zjawisko odosobnione, zaczęłam się martwić czy nie popadłam już w lekką przesadę. Autor zdjęcia odsyła mnie do nabywcy przedmiotu, żebym uzyskała zgodę na wykorzystanie jego własnego skanu czy zdjęcia, na którym występuje dana rzecz. Gdybyśmy takie rozumienie „prawa autorskiego” mieli uznać za właściwe, to dla przykładu, artysta fotograf X robiący fachowo zdjęcie konia, przestawałby być pewnym właścicielem swoich praw do danego dzieła z chwilą, gdy koń zostałby nabyty przez osobę trzecią. Firmy wysyłkowe traciłyby prawo do zdjęć umieszczonych we własnym katalogu tylko dlatego, że dana bluzka szyta w Chinach znalazła szczęśliwego nabywcę, ale że tych akurat było wielu, to kto rozstrzygnie, komu dane prawa autorskie się właściwie należą? Ha to robota dla prawnika albo raczej filozofa :).

Jeden ze sprzedawców, który także posłużył się wyżej przytoczoną interpretacją, która nieszczęśliwie pozbawiła go prawa autorskiego na skutek dokonanej sprzedaży napisał mi tak „Ta pocztówka została już sprzedana, ale może Pani wykorzystać inne pocztówki przedstawiające XXX, które są obecnie wystawione na sprzedaż (i tutaj „bam” link do działu z kartkami)”. No tak, myślę sobie, super, ale jaką mam gwarancję, że i one nie zostaną sprzedane, bo przecież w końcu o to sprzedawcy chodzi, żeby za oferowany towar dostać pieniądze i powiedzieć „baj baj – szerokiej drogi pocztóweczko”. Wtedy wraz z pocztówką, prawa autorskie zmienią właściciela, a ja będę w kropce, bo skan będzie dawno na moim blogu, a ja nawet nie dowiem się, że się stałam „wirtualnym przestępcą”.

Mam – Eureka – wiem jak ten problem rozwiązać.

Jeżeli autor skanu odsyła mnie do nabywcy, a nabywca, moim zdaniem nie ma do niego praw, to znaczy, że należy to interpretować jako przyzwolenie na kopiowanie – zapisuję wtedy plik na dysku, opisuję źródło, żeby potem podać w miejscu publikacji i jest git! Czy ktoś się może mnie czepiać o nierespektowanie praw autorskich? No, chyba tylko wydawca kartki albo właściciel klisz :). Jak widać sprawy są bardziej skomplikowane niżby się wydawać mogło. Ale nie należy panikować, znakomita większość starych kart pocztowych będących w dzisiejszym obiegu to przecież dzieła osierocone – nieznane wydawnictwa, anonimowi twórcy, wiele projektów już od dawna w domenie publicznej. Ale uwaga – są też takie kartki, które jeszcze długo będą pod ochroną i właściciele praw aktywnie strzegą swojej własności. Jednym z przykładów są dzieła legendarnej, francuskiej artystki, ilustratorki książek dla dzieci i niezliczonych kart pocztowych, które we Francji mają ogromną rzeszę fanów i są w cenie. Mam na myśli raczej mało znaną u nas Germaine Bouret i jej fantastyczne kartki z wizerunkami dzieci, które były ulubionym tematem artystki. Z uwagi na duże zainteresowanie, jakie budzą jej prace, na rynku francuskim pojawiają się regularnie nieautoryzowane gadżety-podróbki, z którymi próbuje się walczyć. Handel pocztówkami z tego tytułu jednak nie jest na szczęście zabroniony i nikt nie ma nic przeciwko temu, że na aukcjach prezentowane są zdjęcia i skany autentycznych, starych kartek Germaine. Niechęć budzą natomiast reprinty, które w ogóle są tematem kontrowersyjnym, czy się zbiera topografię, czy syrenki, ale to inny temat.

wczesna pocztówka autorstwa artystki, którą kocha cała Francja - Germaine Bourret, przed 1928

wczesna pocztówka autorstwa artystki, którą kocha cała Francja – Germaine Bourret, przed 1928

Napisałam się, rozpisałam, wypisałam cały tusz….. i nadal nie wiem kogo mam zapytać o zgodę na publikację skanu sprzedanej pocztówki. Może Wy mi powiecie ?

Facebookowy fanpage  poświęcony starej Warszawie na zachowanych dokumentach wizualnych – zdjęciach i materiałach filmowych. Bardzo ciekawe, nieznane lub rzadkie widoki oraz ujęcia Warszawy na materiałach filmowych i fotografiach.  Polecam wszystkim pasjonatom i miłośnikom historii Naszej Stolicy 🙂

Warszawa przedwojenna fanpage

Warszawa przedwojenna fb

Jakiś czas temu przyszła do mnie z Hiszpanii pocztówka, która ponad 100 lat temu została nadana w Warszawie do adresata w Valladolid, niejakiego Pana Jesusa Montero.

Na awersie kartki czytamy po francusku : „Warszawa, 8 sierpnia 1904.
W zamian za ten widoczek proszę o wysłanie mi jakiegoś widoku z Valladolid. Mój adres: Melle Alexandrine Hirszel, ul. Sadowa Nr 14, Warszawa,
(Polska Rosyjska )”

Na rewersie oczywiście adresik, który idzie tak:  Jesus Montero, Valladolid, Espagne. Hmmmm…czegoś mi tu brakuje – zastanawiam się, czy ta kartka w ogóle dotarła do adresata  i jeżeli tak, to jakim cudem. Wiemy, że do Valladolid dojechała cała, gdyż jest stempelek, ale adres jest nieco skąpy, więc jeżeli pan Jesus nie był kimś baaardzo, ale to baardzo ważnym to czy coś takiego mogło do niego normalnie dotrzeć. Jak wszyscy wiemy, niegdyś poczta była sprawniejsza niż dzisiaj, ale żeby aż tak……  wot zagwozdka!

Stara pocztówka warszawska z widokiem A. Ujazdowksich:

Warszawa Pocztówka Aleje Ujazdowskie, wysłana do Hiszpanii w  1904 roku

Warszawa Pocztówka Aleje Ujazdowskie, wysłana do Hiszpanii w 1904 roku

Warszawa Pocztówka Aleje Ujazdowskie, wysłana do Hiszpanii w  1904 roku (rewers)

Warszawa Pocztówka Aleje Ujazdowskie, wysłana do Hiszpanii w 1904 roku (rewers)

Śpiewa Urszula Sipińska  – Ople 1979 🙂

„…To był świat
Zza szyb automobilu,
Śmieszny świat,
Wyścigi na Dynasach,
Ty i ja
Znów razem na wywczasach,
Potem film z Rudolfem Valentino,
Pierwszy raz szumiało w głowie wino.
Tyle lat
Przebiegłam w parę minut…”

Wyścigi na Dynasach, Warszawa, stara pocztówka, fot. UVIS1905, delcampe.net

Wyścigi na Dynasach, Warszawa, stara pocztówka, fot. UVIS1905, delcampe.net

(Skan pocztówki Warszawa Dynasy za zgodą sklepu Uvis1905 z Delcampe.net )

Rudolf Valentino

Rudolf Valentino

zza szyb automobilu

zza szyb automobilu